The journey – 25.09.2012

Pobudka 4.20. Golę się. Jak mam się rozbić w samolocie to przynajmniej ogolony. 4.50. W SOMowej kaplicy widzę półciepłego ks. Maciej Makułę salezjanina, syna Tadeusza. Nie wygląda na wyspanego. Stoi. Dać mu Virtutti Militari za poświęcenie! Krótka modlitwa. Akcja zagęszcza się. Don Maciejo rzuca okiem na mnie. Nie trafia. Bierze bystro kropidło i z gracją mistrza wu-shu posyła w moim kierunku 142 krople czystej święconej. Tym razem trafia. Brak tu miejsca na sentymenty. Kulbaczymy i rumakujemy na ejrport.

Ks. Maciek, Wojtek- mój ugandyjski poprzednik oraz Maciej- przyjaciel śmieją się ze mnie. Ich zdaniem będę męczennikiem za wiarę już na lotnisku. Krzyż misyjny, który dumnie noszę na piersi może być zagrożeniem. Też mi nowość. Bez akceptacji własnego krzyża może być bardzo bolesny. Jednak chodziło o to, że w złych rękach może być niebezpieczny. To miałoby być powodem mojego cofnięcia. Nic z tego. Dzisiaj męczennikiem nie będę. Ochrona mnie przepuszcza z krzyżem. Zdejmuję go z szyi i podnoszę do góry w stronę przyjaciół. „To znak zwycięstwa!”- myślę ja. „To jakiś świr”- myślą ludzie.

Jestem przy Gate lotu do Brussels. Sorki, zapomniałem. Jestem nadal w Polsce. Jestem przy Gejcie lotu do Brukseli. Zaczepia mnie młody chłopak. 23 lata.
-Lecisz do Ugandy?
-Mam to na czole wypisane?
Dostał cynk od pani Ani z biura, które nam obojgu kupowało bilety. Robert jest klerykiem Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Leci na studia do Beninu. Dzięki Ci Boże. Nie tylko ja jestem świrem na tym lotnisku. Razem siadamy w samolocie. Temat główny: misje. Rozmawiamy z taką żarliwością, że czasami wchodzimy sobie wzajemnie w zdanie. Wymieniamy się kontaktami.

W Brussels rozstajemy się. Mam samolot wcześniej. Airbus 330. Komfort, jedzenie, filmy. Tak, filmy! I to nie byle jakie. Skąd wiedzieli, że lubię Avengers, Prometeusza czy Gniew Tytanów? Zmieniam zdanie o Brussels Airlines.

22 czasu lokalnego. Lądujemy. Wysiadam. Czy to zapach z silnika samolotu czy to ten słynny powiew Afryki? Idę po wizę. Po pierwszych słowach wiem, że to już Uganda. Pan z budki mówi do mnie po angielsku, jednak nie w naszym angielskim. Nie sądziłem, że przy takim gaworzeniu budzi się we mnie Jaś Fasola. Mam wizę. Nie wiem na ile. Sukcesami trzeba się chwalić, błędami niekoniecznie. Powtórzę zatem: mam wizę.

Idę po walizki. Skończony głupiec ze mnie. Mirelka, która była w te lato na misji krótkoterminowej w Ugandzie, czekała miesiąc na swoją walizkę. Byłbym skończonym głupcem, gdyby nie patron z Bierzmowania. Ten to ogarnia sprawy. Nawet kiedy się nie uśmiecham do niego. Juda Tadeusz od spraw beznadziejnych chyba sam wrzucił mój plecak i walizkę na taśmę. Jestem w Afryce 10 minut, a już się wiara odnawia. Co będzie po roku? Już mnie nie dziwi, że na czarnym lądzie nie ma ateistów.

Włączam komórkę. Działa tu Play. Pierwszy telefon z Ugandy należy się mojej mamie. Później don Romano directoro. Idę na spotkanie z… Nie wiem z kim. Nie wiem kto na mnie czeka. Chwila, chwila. Jestem w miejscu którego nie znam, którego nie rozumiem i nie wiem kto na mnie czeka. Hej przygodo!
O dziwo widzę Ugandyjczyka z kartką Bartek. Idę się przywitać.
-Welcome in Uganda- Zatkało mnie. Spodziewałem się czegoś podobnego. Nie sądziłem jednak, że tym zdaniem zostanę sparaliżowany.
-Witaj Bartek- słyszę Polaka. Odwracam się. To ks. Ryszard Jóźwik. Dyrektor Children and Life Mission, placówki, w której mam pracować. Sam ks. dyrektor po mnie wyjechał. Wcześniej nie wyjeżdżał po wolontariuszy.

Wsiadamy do Toyoty 4×4. Z lotniska w Entebbe do misji jest około 50 km. W trakcie podróży staram się wsłuchiwać w ugandyjski angielski. Father Richard opowiada mi o okolicy. Przypominam, że jest noc, po 23. Ludzie jednak są wszędzie i wszystko jest otwarte. Nie ma kawałki drogi, żebyśmy nie przejeżdżali obok domostw lub budek z jedzeniem. Tutaj nie rozpoznasz kiedy się zaczyna stolica, a kiedy kończy. A ja tak jadę. Nocą przez Ugandę. Brakuję tylko w radiu Tracy Chapman i jej Fast Car…

Gratulację! :) świetny wpis. Czekam na następne. Powodzenia Bartek ;)

Dobrze, że dajesz znać, że żyjesz:), przynajmniej jeszcze nie zostałeś zjedzony;) Czekam na dalsze imformacje, powodzenia i niech Pan Cię+

czyli żyw i zdrów, powodzenia, naucz czarnych braci gry w pająka ;)

Serdeczności Bartku! Z niecierpliwością czekam na kolejne!
Dzięki Tobie przypomniałam sobie moją podróż… Paryż, lotnisko w Oranie, walizki, zapach, zachód słońca, pierwszą noc… Z promykiem modlitwy z innej ziemi…;-)

Leave a Reply


trzy − 2 =