Hołowczyc ze mnie żaden 10.10.2012

Pora deszczowa. Dalej już nie muszę pisać.

A jednak zajrzałeś. Zatem czytasz dalej na własną odpowiedzialność.

Pora deszczowa w Afryce to taka „znów zima zaskoczyła polskich drogowców”. Chcesz dalej pojechać? Planujesz dłuższą podróż? Zapomnij. Pora deszczowa to domatorka. I ma niezłą siłę perswazji lub perswazję siły. I z ciebie uczyni domatora.

Od rana jest pochmurnie. Dziwie się że o 14 nie pada. Kilka minut po 14. Już przestałem. Leje. Ale i tak wróżka pogodowa ze mnie kiepska. Rwące czerwone rzeki rzeźbią drogę. Mój hajłej prowadzący do trawy słoniowej zmienia kształt. Ziemia pokazuje swoje żyły. To co słabe zostaje zmiecione z jej powierzchni. Pozostaje twardy podkład, na który moje resory pick-upa narzekają do dzisiaj. I błoto, wszędzie. Oby tylko Musei nie zapytał mnie czy jestem gotowy pojechać po trawę.

Trawa słoniowa. Może osiągnąć do 3m. Dlatego pewnie nie nazywa się kocia. Ścinamy ją maczetami. Przywozimy dla krów. Codziennie. Świątek, piątek czy Sunday. Krów mamy sporo, bo w końcu jest tutaj 140 chłopa. A mleko musi być codziennie.

16.56. Ciągle pada. Już mniej na szczęście. Przed moimi oczami wyrasta Musei Farmer. Zawsze zapominam jego imienia. Gotowy?- pyta krótko. Muszę mocno pracować nad mimiką twarzy. Gdybym odpuścił, mój grymas niechęci mógłby się znaleźć na stronie głównej demotywatorów. Oczywiście bez podpisu, bez komentarza. Kiwam głową, że tak. Jestem gotowy.

Znaleźć chłopców do cięcia trawy nie jest łatwo. Szanują mnie, ale nie boją. Robię więc minę ks. Romka – „nie jedziesz na misje” i od razu mam komplet.

Jadę wolno. Boję się o samochód, o siebie, o chłopaków i o to czy Barcelona zdobędzie puchar Hiszpanii. Nie. O Barcelonę jednak się nie boje. Za każdym razem kiedy jadę po trawę dzieciaki mi machają i krzyczą. To miłe. Teraz nie mogę odmachać, bo droga jest śliska. Muszę uważać.

Kierownice trzymam prosto. Samochód postanawia zatańczyć salse. Bagażnik na lewo, bagażnik na prawo. Na zakręcie małe szase z cha cha. Na rampie samochód staje elegancko na palcach jak w walcu angielskim. Ale to ja jestem mężczyzną. To ja powinienem prowadzić w tańcu. Uświadamiam sobie, że samochód to nie partnerka. To tylko rama. Partnerką okazuje się niepokorna Pora Deszczowa. Ta dama nie czuje rytmu.

Zjazd z górki na skrzyżowanie. Hamuję. To znaczy ja hamuję. Samochód nie. Gdybym mógł moje pięty bym wykorzystał jak Fred Flinstone. Pick-up tylko trochę zwalnia. Zjeżdżamy w dół. Za szybko. Słyszę ślizg. Ziemia wypływa spod opon. Grawitacja na tym zboczu jest na sterydach. Łapie nas mocno i ciągnie do jądra ziemi. Zatrzymujemy się dopiero w rowie. Gdyby mój samochód mógł mówić, pewnie by powiedział- ałaaaa, nie w szczepionkę. To go musiało boleć.

Staram się wyjechać. Panie, a gdzie tam?! Wszyscy się patrzą jak to Muzungu(biały, Europejczyk) nieumiejętnie jeszcze bardziej się zakopuje. Chłopcy wysiadają i wypychają mnie. Ciekawe czy jak murzyn się rumieni to zmienia kolor? Nie wiem. Ja zbordowiałem.

Jestem dopiero w połowie drogi. Teraz będzie łatwiej. Wjeżdżamy w ostatni zakręt. Taxi w rowie. Droga nieprzejezdna. Parkuje. Musei, co teraz?- pytam. Nie odpowiada, tylko wychodzi z samochodu. Chwila namysłu. Wysiadam. Kieruję się w stronę Taxi. Rozpoczynam rozmowę. Pytam czy nie potrzebują pomocy. Widzę, że kierowca motyką odkopuj samochód. Może jakaś linka? Może uda się go wyciągnąć. Kierowca znajduje linkę. Oceniam. Za krótka i za cienka. Zatem co robić? A co może zrobić Muzungu w takiej sytuacji? Zdjęcia i do przodu!

Taxówka wypchana. Odjechała. Ale ja tam nie zjadę. Mówię to Musei. Będziemy targać trawę spory kawałek. W deszczu, w deszczu…

Nas „hołowczycowa” jazda czeka niebawem :-) mam na myśli naszą przepiękną a zarazem złośliwą zimę.Trzymaj się Bartek i życzę Ci dużo dużo pozytywnej energii.

Chciałem Cię kiedyś zabrać w Bieszczady, miałbyś przygotowanie praktyczne do tej misji …

Leave a Reply


− dwa = 6