Święto szkoły 27.10.2012

Speech Day, czyli w luźnym tłumaczeniu święto szkoły. O tym, że są przygotowywane tańce na ten dzień wiedziałem już od 3 dnia pobytu w Ugandzie. Chłopcy dopytywali mnie czy będę na tym święcie. Robili to bardzo dyskretnie, ale przez cały miesiąc. W języku chłopców to oznacza- „Wujku, przyjdź! Chcemy, żebyś był wtedy z nami i obejrzał nasze występy.”

W piątek można zauważyć, że zbliża się coś wielkiego. Chłopcy nie chcą oglądać filmu, tylko ćwiczyć choreografię. Ratunku! Ktoś podmienił mi dzieciaki! Nie dowierzam. Muszę sam sprawdzić.

Kieruję się w kierunku pokoju do nauki/muzyki/filmów/czytania książek/modlitwy kiedy pada deszcz. Oficjalna nazwa to jednak pokój do nauki. Brzmi poważniej na planach, czy przy oprowadzaniu gości. Widzę ciepłe światło. I widzę muzykę. Tak, widzę muzykę.  Nie wiem jak Afrykańczycy to robią, że wyczuwają ją niemal całym ciałem. Dłońmi charakteryzują dźwięki, wizualizują je. Czasami to szarpanina powietrza, czasami delikatny masaż wiatru.

Już sobota. Pamiętam jak chłopcy mówili, że program Speech Day zaczyna się o 8. Nie mogę wcześniej przybyć jak na 10. Spokojnie. Jeszcze się nie zaczęło. Kolejny raz śmieję się sam do siebie. Welcome to Africa.

Uczniowie ustawieni w kolumnie. Orkiestra dęta z naszej misji na przedzie. Całość wygląda dumnie. Nauczyciele poddenerwowani, aby ceremonia odbyła się z odpowiednią jak na Afrykę powagą i godnością. Trzeba przez to rozumieć, że jak któryś z uczniów rozmawia w momencie, w którym mu niewolno lub kręci się i nie trzyma szyku zaraz dostanie odpowiednią ustną reprymendą w postaci witki na pośladkach. No pain, no gain. W wolnym tłumaczeniu: bez bólu nic nie osiągniesz. Wychowanie kijem w Afryce jest na porządku dziennym. Niestety.

Korowód rusza. Chłopcy cali spocenia od dmuchania w instrumenty. Najmłodsze klasy idą koślawo. Przypomina mi się harcerstwo i wieczne chodzenie pod nogę. W myślach jak taran do wrót uderza hasło: „Lewa! Lewa! Lewa prawa lewa!”. Szkoła paraduje przez miasto. Kira Primary School jest słyszana z kilku kilometrów. Poruszamy się po głównych drogach mieściny. Kolumna wygląda następująco: z przodu flaga szkoły z naszytym herbem; za nią nasza orkiestra; zaraz po niej starsze klasy idące w zdyscyplinowanym szyku, a na końcu niesforne, rozgadane pierwszaki. Zupełnie jak w Boże Ciało.

Po przemarszu jeden z nauczycieli podchodzi do mnie i prosi abym zajął miejsce. Nie tam gdzie siedzą rodzice, nie obok chłopców. Jestem gościem honorowym. Usadza mnie przy pastorze, burmistrzu, zastępcy komendanta policji. Nie czuję się komfortowo. Nie zasłużyłem, żeby tutaj siedzieć. Jestem tylko wujkiem. W Polsce kiedy byłem komendantem hufca harcerskiego zdarzało mi się przebywać na salonach, ale w końcu byłem komendantem. Odkrywam nową stronę rasizmu. Jestem traktowany lepiej, bo jestem biały. W moim wnętrzu czuje smutek bezradności i gorycz sytuacji, którą tylko ja rozumiem. Naturalne przecież, że muzungu jest traktowany lepiej w Afryce… Nie zgadzam się, nie po to pojechałem na misje.

Siedzę i czekam na rozpoczęcie. Staram się nie myśleć o „niewidzialnym rasizmie”. Patrzę na rozpiskę przebiegu uroczystości. Całość trwa 7 godzin, bez przerwy. Fakty i wspomnienia zbijają się ze sobą. Tworzą logiczną całość. Odpowiedź dlaczego chłopcy jak i cała szkoła przygotowywała się ponad miesiąc. 7 godzin występów nie zdoła się przygotować w tydzień.

Występy można podzielić na wiersze, scenki oraz tańce. Pierwszaki swoim zaangażowaniem i niesfornością powodują u mnie spazmy śmiechu. Nic nie rozumiem, mówią w luganda. Nie to jednak najważniejsze. Po 5 minutach od rozpoczęcia orientuję się, że upłynęło już 1.5h. Czas w Afryce to rzecz względna. Boli mnie twarz. Policzki od ponad godziny są napięte i wyraziste niczym Kilimandżaro w Tanzanii. Od śmiechu oczywiście. Wszystkie występy balsamują moją duszę radością, taką samą kiedy sobie przypomnę jak smakuje Mleczna Pana Wedla.

Najbardziej dumny jestem z moich chłopców. Grupa akrobatyczna wywołuje pisk u młodych dziewczyn. Podbiegają i dają im pieniądze podczas występu. To taki zwyczaj, kiedy występ podoba się publiczności. Chcę zrobić kilka zdjęć, bateria jednak odmawia posłuszeństwa. Ten pokaz widocznie miał być dla mnie. Miałem się nim nacieszyć i kosztować go sekunda po sekundzie, zamiast robić zdjęcia. I tak było. Smak dumy jest słodki i orzeźwiający. Pokój w sercu czynie ze mnie nieruchomy posąg. Gniew, smutek, stres, niepewność w tej chwili są dla mnie abstrakcją. Bóg wiedział gdzie mnie posłać na misje. To jest coś więcej niż szczęście i spełnienie…

kurcze… a zobaczyłbym zdjęcie jak to wygląda :)

Niedlugo dodam kilka :)

Czekałem na nowy wpis, i się doczekałem. Fajnie piszesz, czuć odcisk afrykańskiego lądu. Pozdrowienia ode mnie i Madzi ;)

Bartek pozdrawiamy Cie- pokój 34!

Dziękuję za pozdrowienia :) Również pozdrawiam Finansowy! :)

Leave a Reply


osiem + 5 =