Kojja 04.11.2012

„Afrykańscy” Sybiracy. Tak nazywam naszych gości. Przybyli z Polski, Australii i z Kanady aby móc uczestniczyć w uroczystościach w Kojja (aktualna nazwa miejscowości to Koja, czyt. Kodżia). Dla mieszkańców pobliskiego miasteczka to święto. Dla nas także. Przybywa emerytowany ugandyjski Kardynał, Ambasador Polski w Kenii, Konsul Polski w Kenii i wielu innych dostojnych gości.

Z grupą Sybiraków nie byliśmy wcześniej w Kojja. Niektórzy zobaczą to miejsce po ponad 70 latach. Jedziemy autobusem. Ja, ekipa z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, Sybiracy i ich potomkowie. Zwarta, 30 osobowa grupa. Kiedy nie śpię słucham opowieści Sybiraków. Nie mają końca. Sen, ostatnio mój największy wróg, zamyka mi powieki i otwiera usta. Nasi „Afrykanie” mimo, że wszyscy są po 80 nadal są pełni wigoru i humoru. Moja otwarta paszcza a’la glonojad okazuje się uciechą. Sybiracy starają włożyć cukierka do środka. Zapakowanego.. W ten sposób budzę się przed celem.

Wysiadamy z autokaru. Dalej musimy iść pieszo 1 km. Kaprys pory deszczowej uniemożliwił nam zajechanie pod sam cmentarz w Kojja. I tak miałem dość jazdy po dołach. Korowód wydłuża się. Słyszę głośne, radosne rozmowy. Słyszę śmiech. Bezwietrznie. Słońce działa na bateriach alkalicznych. Przypieka jak nigdy. Zatrzymuję się na chwile, aby się rozejrzeć. Po lewej stronie widzę pagórek. Zaraz za nim rozciąga się jezioro Vivtoria. Po prawej stronie cmentarz i ołtarz polowy. Nad wszystkim króluje Żyleta. Wzgórze nazwane przez „afrykańskich” Sybiraków.

Otwarty, gorący piekarnik z wysuszoną trawą wewnątrz. Zapach dzisiejszej Kojja. Zbliżam się do ołtarza polowego. Dostaję oczopląsu. Afrykańskie zamieszanie nie ogarnia zwykły muzungu. Przygotowania ołtarza. Widzę ks. Ryszarda dyrygującego ludźmi niczym w filharmonii. W Afryce trochę jak w wojsku. Jak dokładnie nie wytłumaczysz co mają zrobić, to nic poza to nie zrobią. Własnej inicjatywy brak.

4 namioty. Jeden na ołtarz i 3 dla uczestników uroczystości. Każdy twarzą do siebie. Staje w środku, pomiędzy nimi. Opieram się o maszt, z którego odchodzą biało czerwone wstęgi do każdego z namiotów. Całość przypomina mi familiadę. Na wprost mamy rodzinę Kościelnych! Za mną rodzina Mudugavu. Na prawo rodzina Chórowa wraz z Orkiestrową. A po lewej rodzina Muzungu i Vipowskich. Pada pierwsze pytanie: Jakich zwierząt na co dzień Afrykańczycy boją się najbardziej? Odpowiedź: MRÓWKI. Staram się zrobić zdjęcie. Szczypnięcie. Ból. Jakbym sobie kawałek skóry przytrzasnął drzwiami. Znowu szczypnięcie i ból. Nie minęła nawet sekunda jak znowu czuje potworny ból. Wszystko odczuwam na stopach. Koła zębate w moim małym móżdżku zaczęły się kręcić. Myślenie muzungu zastępuję myślenie mudugavu. „Hej gościu! Wybrałeś się w sandałach na afrykańską trawę?” – śmieje się ze mnie mój afrykański rozsądek. „Wiesz co to afrykańskie mrówki?” Już wiem dlaczego nikt się nie rozsiada pomiędzy namiotami. Moje oczy zrobiły się okrągłe i wielkie jak pomarańcze. W nogi! Zapomniałem, że tak szybko biegam. Naginam prawa fizyki. Mknę szybciej niż promienie światła. Niczym struś pędziwiatr. Niczym prąd w obiegu zamkniętym. Niczym babcie na wyprzedaży lumpeksu. Polak potrafi. Siadam szybko na murku i zdejmuję sandały. Oglądam stopy. Widzę 3 ślady ugryzień. Nie są to duże rany. Skóry tam jednak nie ma. „Brawo panie muzungu. Widać mięso.” – kpi ze mnie afrykański rozsądek. Swoją drogą uwielbiam się z nim kłócić. Jeszcze nie wygrałem. Ale to się zmieni jak wrócę do Polski. Wtedy nie będzie już mi potrzebny.

To może wydać się Tobie śmieszne, ale od tamtego czasu łapię się na nerwowym oglądaniu stóp. Ech. Zdjęcia trzeba robić dalej. Uroczystości w Ugandzie są identyczne jak w Polsce. Można je scharakteryzować jednym słowem. Długie. Przepraszam. To półprawda. W Ugandzie uroczystości są dłuuugie.

Wizyta ambasadora i ministra okazała się nie bez powodu. Za pomoc w renowacji cmentarza kilka osób dostało medal Pro Memoria. Oberwał medalem i ksiądz Rysiek. Przyjął to wszystko na klatę. Męczeński akt widać na załączonym zdjęciu.

 

Na Ugandyjczykach nie medale zrobiły wrażenie, ale nasi chłopcy.

 

Po obiedzie razem z ekipą uczelnianą postanawiamy wybrać się na Żyletę. Nie wiem ile ma to wzgórze wysokości, ale z opowieści Sybiraków panorama robi wrażenie. Razem z nami wybierają się Vipy. Żebyś widział tych muzungu w gajerkach i lakierkach wspinających się na górę. Śmiać się na głos nie mogłem, ale ubaw i krzaki miałem po pachy.

Jesteśmy na górze. Niecierpliwy, ciepły wiatr rzuca się na mnie i przytula mnie całego. Tęskniłem za nim. Słońce natomiast nadal bezlitosne. Szczypie oczy, grzeje kark. Staję na najwyższym głazie. Rozglądam się. Victoria z jednej i z drugiej strony.  Z tej perspektywy byłe osiedle Sybiraków wygląda na półwysep. Pamiętam jak pan Artur, „afrykański” Sybirak, wspominał o Kojja. Wówczas, dla tych dzieci to był raj. Najlepsze lata ich dzieciństwa. Wierzę w to. Wokół mnie niekończące się jezioro Victoria. To mój szczyt świata na dzisiaj. Dotykam palcem Nieba. Najbardziej radosne i szczęśliwe dni w Ugandzie to dla mnie te, w których uświadamiam sobie na nowo. Jestem w Afryce. Jestem spełniony.

Czytając o mrówkach chodzących po nogach, moje nogi jakimś dziwnym trafem znalazły się na krzesełku (zauważyłam, co się stało dopiero po przeczytaniu postu) ;D
Bardzo cieszę się, że odnajdujesz się w Ugandzie ;)

Leave a Reply


− trzy = 2