Zmagania wychowania 05.11.2012

Chciałbym tutaj zamieszkać. Serio. Życie misjonarza świeckiego jest czymś dla mnie. W Namugongo jednak będę tylko rok. Tak obiecałem rodzinie. Staram się być słowny. Ale…

Kiedy się ożenię, Bóg wie czy nie wrócę na misję. Może na tą. Zdecydowanie na dłużej. Proszę rozlicz mnie z tych słów. Jak nie będę miał sił, przypomnij mi.

Bóg tak mnie stworzył, a harcerstwo wydziergało. Nie boję się zobowiązań. Bo niby dlaczego? Nie jestem sam. Nigdy nie byłem. Jestem dzieckiem Króla. To czyni mnie księciem. Idą za tym wielkie udogodnienia. Są takie dnie jak czuję całe Niebo, które mnie wspiera. Janek Bosko podsuwa mi myśli na bloga i na słówko na dobranoc. Wspiera mnie także wtedy kiedy nie mam sił. Hamuje mój temperament.

Ironia. Siedzę w reading room i piszę obecny wpis. Napisałem te kilka zdań, a już zostały poddane próbie…

Wydaję książki. Widzę jak 15-letni Simon z przedziałem na zębach podaje nóż 12 letniemu Andrew. Nóż kuchenny, 9 centymetrowe ząbkowane ostrze. Andrew chowa nóż pod zeszyt. Nie wiedzą, że widziałem wszystko. Podchodzę do Andrew.

- Po co Tobie ten nóż?

- Jaki nóż? Nie mam żadnego noża- kłamie, ale nawet mu warga nie zadrży. Przyszły mistrz pijaru.

Wyjmuję nóż spod zeszytu. Pytam ponownie o to samo.

- Jest mi potrzebny, bo nie mam linijki.

Nie cierpię jak ktoś w taki sposób kłamię i kpi ze mnie myśląc, że mnie oszuka. Janek Bosko musi zwiększyć obroty, bo mi cierpliwość paruje nosem. Wzrokiem spopielam Andrew na miejscu. Chłopak wie, że nie ma żartów. Simon, trochę mniej inteligentniejszy. Chciał sobie pożartować…

Podchodzę do Simona. Walę prosto z rury:

- Czemu dałeś Andrew ten nóż?

Simon uśmiecha się głupkowato. Nie odpowiada.

- Konfiskuję go.

- Wujku, nie możesz. To jest mój nóż- nadal odpowiada się śmiejąc. Zaczyna się robić ciekawie. Dopóty nie przestanę zadawać pytań, dopóki nie uzyskam odpowiedzi.

- Po co Tobie ten nóż?

- Dla bezpieczeństwa, dla protekcji- uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Ma kiepskie poczucie humoru. Takie zachowanie to autostrada do miejscowości Problemy. Rozpędził się. To ja go będę witał na mecie.

Liczenie w myślach do 10 nic nie daje. Chcę siąść, żeby nie być wybuchowy. Nie ma gdzie. Szukam innego sposobu na ochłonięcie. Chcę w nim zobaczyć Jezusa. Nie potrafię. Moją świadomość bombarduje myśl: naucz go manier. Szatańska fantazja w tym momencie stara się stać moim pragnieniem. Krew bulgoczę w żyłach. W 3 sekundy nadaje kolor moim uszom. Tlen dopływa też do mięśni. Czuję przyrost siły. Moje serce pompuje adrenalinę i oczyszczoną złość.

- Teraz by się tobie przydał ten nóż dla protekcji przede mną. Szkoda, że to ja go skonfiskowałem – tworzę monolog w myślach.

Chłopcy z reading room się śmieją. Do momentu. Biorę Simona za rękę i mówię do niego, że idziemy do ks. Ryszarda. Spoglądam dookoła. Każdemu z osobna patrzę prosto w oczy. Natychmiastowo miny rzedną. Rumor ustaje. Słyszę komara w pokoju 15×10 m. To jest ta chwila, kiedy uświadomili sobie, że wyczerpali limit cierpliwości. I tak powinni mi dać sprawność Matki Teresy, za miłosierdzie dla nich.

Puszczam rękę Simona. Chłopak mimo że ma 15 lat jest 10 cm wyższy i cięższy ode mnie. O 15 kg czystych mięśni. Nie boję się go. Boję się bardziej o to, czy siebie powstrzymam, jak mnie doprowadzi do furii.

Przywołuję Andrew do siebie. Laptopa biorę pod pachę. Wychodzimy na ciemny dziedziniec. Jest 20.30, a już o 19 zapada noc. Kieruję się do pokoju wujków, które jest po drodze do domu wspólnoty gdzie jest ks. Ryszard. W tym momencie jest tam spotkanie towarzyskie po konferencji na temat Sybiraków w Afryce. W spotkaniu towarzyszy dwóch ministrów. To jest jedyny powód, dla którego nie idziemy do księdza.

Idą za mną. Złość nadaję mojemu krokowi grację żołnierza III Rzeszy. A niech który spróbuje mi uciec… Usadzam ich na wprost wujków Nyerere i Paul’a. Kładę miedzy nimi nóż na stole. Paul spogląda na nóż, rzuca wzrokiem na telewizor, wstaje i wychodzi. Nyerere zaczyna rozmawiać z nimi w luganda. Dorzucam swoje 3 grosze. Efekt? Simon nie odzywa się do od tego czasu. Przykro mi z tego powodu. Nie ja jestem tutaj najważniejszy. Wychowanie chłopców to mój cel. To moje powołanie. Nawet jeżeli skutki nie są dla mnie przyjemne…

Hehe dobre :D wiem, że Ci nie było do śmiechu ale jak to czytałem uśmiech nie znikał z mojej twarzy :p Czasami się zastanawiam co Ta Maryja wymyśliła mówiąc do Ks. Bosko: „nie szturchańcami ale miłością zdobędziesz ich serca”. Bardzo trudne :)

Powodzenia Misjonarzu :)

Bartek, czekam na każda wiadomość od Ciebie z utęsknieniem. Od momentu historii z butami wiem, że jesteś Tam najlepszym wujkiem jakiego mają. Tak trzymaj, a my Cię wspieramy modlitwą. A swoją drogą – skąd ty taki mądry jesteś? :) ) Pozdrawiam cieplutko w nasz siedlecki, jesienny wieczór. Agnieszka Andrzejewska

Leave a Reply


osiem × 7 =