Masindi 6.11.2012

Czekałeś kiedyś na coś bardzo niecierpliwie? Układałeś w myślach sytuację, kiedy już nadejdzie ta chwila? Byłeś kiedyś podekscytowany przyszłym wydarzeniem, że nie mogłeś spać? Ja tak miałem wiele razy w moim życiu. A czy kiedykolwiek wszystkie nerwy, przygotowania i czekanie poszło na marne? Bo nie osiągnąłeś zamierzonego celu, wydarzenie okazało się klapą. Rozczarowanie…

W Ugandzie były dwa osiedla dla Sybiraków. Jeden we wspomnianej wcześniej Koja. Drugi niedaleko Masindi. Dzisiaj mieścina się zowie Nyabyeya. Z misji do celu jedziemy bite 4 godziny. Dystrykt Masindi to ugandyjskie Colorado. Szosa prosta na dziesiątki kilometrów. Słoneczko ogrzewa nasz wehikuł. Szkoda, że nie mamy silnika na promienie słoneczne. W taki bezchmurny dzień trasa bym nam zajęła 30 min. Wliczony postój.

Nyabyeya. Przejeżdżamy przez wioskę jak bohaterowie. Dzieci wybiegają na drogę i prowadzą nasz autokar do polskiego kościoła. Wszystkie się uśmiechają. Skaczą, machają. Pod kościołem niepoliczalny tłum ludzi cierpliwie na nas czeka. Spóźniliśmy się godzinę. Nikt nam jednak nie robi wrzutów z tego powodu.

Kościół Królowej Korony Polskiej przeżył swój złoty okres. Zniszczony, obdarty, niepomalowany, ale funkcjonalny. Gdyby nie on, miejscowa ludność musiałaby się spotykać pod chmurkami. Dla nich ten kościół to błogosławieństwo. Mimo, że ściany zaczęły się marszczyć kilkadziesiąt lat temu.

Jak tylko wchodzimy do świątyni usadzają nas na zarezerwowanych ławkach. Ja się nie daję. Będę stał. A co? Muszę być mobilny. W końcu jestem nadwornym fotografem ks. Ryśka. Zaczyna się. Jedna czwarta zajętych ławek w środkowej nawie to chór i zespół. Brakuje tu nagłośnienia elektrycznego. To nie problem dla afrykańskich gardeł. Śpiew powiewem wypełnia kościół po sklepienie. Co jest takiego w afrykańskiej muzyce sakralnej? Czemu ten śpiew mnie uwodzi i uzależnia od siebie?

Przemieszczam się podczas mszy. Chcę zrobić obrazowe zdjęcia tego co dane mi jest przeżywać. Podniesienie. Wszyscy klękają. Jestem przy prawym środkowym wyjściu. W akcie pokory opuszczam głowę na dół. Widzę stopy kobiety, której wiek szacuje na 45-50 lat. Ta kobieta musiała dużo przejść w życiu. Dosłownie i w przenośni.

Po komunii czas na przemówienia. W trakcie mszy. Nie było jeszcze błogosławieństwa i rozesłania. Myślałem, że za komuny dużo się mówiło. Zapowiedziano 8 osób z przemówieniami. Mam ochotę wyjść. Polskie, religijnie wychowanie usadza mnie prosto i każe słuchać. Nie braknie słów radości, wdzięczności z ust spikerów. Pojawiają się też prośby. Inaczej. Prośby stanowią 80% wszystkich wystąpień. Łączny czas: 1.5 godziny. Potrzeba studni, szkoły, renowacji kościoła, hotelu dla gości z Polski, restauracji… To nie wszystkie prośby. Ugandyjscy przedstawiciele chyba czerpali pomysły z jednego źródła. Ich prośby prawie niczym się nie różniły. Siedzę i słucham przemówień. Powtórzę. 1.5 godziny. Moje ciało domaga się ruchu. Rozglądam się. To przykrywka dla dyskretnego rozciągania. Zauważam absencje niektórych „afrykańskich sybiraków”. Nie widzę dawnych członków tej parafii. Wychodzę na zewnątrz. Może ktoś się poczuł źle. Moje umiejętności pierwszej pomocy mogą się przydać. Widok inny niż spodziewany. Nic się nie stało. Sybiracy stoją i rozmawiają. Nie są uśmiechnięci. Zaskakuje mnie to. To ich dzień. A tutaj miny pełne rozgoryczenia. Dlaczego?

Rozmawiam z jednym z nich.  Mówi mi, że wpakowali mnóstwo pieniędzy w renowację kościoła. Głównie w wieżyczkę. Kwoty nie podaje. Podnoszę wzrok i widzę powód rozgoryczenia. Wieżyczka jest obłożona blachą. Bardzo cienką w dodatku. Całość mi wygląda na 500 zł. Sybiracy zaufali, bo pieniądze miały dotrzeć tutaj przez ręce biskupa. Większość kwoty została przejedzona. Teraz rozumiem. Rozumiem, dlaczego wyszli, gdy w kościele zaczęto prosić o więcej pieniędzy. Rozczarowanie…

Organizatorzy zapomnieli, że jesteśmy bandą muzungu. Posiłek zatem jemy bez sztućców. Palcami. W kościele. W końcu pada deszcz.

Czas się zbierać. Idziemy do College w Nyabyeya. Mieści się w budynkach bo osiedlu polskim. College prezentuje się jak placówka wypoczynkowo-kolonijna. Młodzież ma tu wszystko pod nosem. Boiska, świetlice, pub i całe zaplecze dydaktyczne oraz internaty. W jednym z internatów czeka na nas nocleg. Ja jednak wraz 6 innymi mężczyznami będziemy spali u proboszcza pobliskiej parafii. Po deszczu w college i w pobliskich wioskach prądu nie ma. U proboszcza również. Jemy więc po ciemaku. Kiedy Kanadyjczycy wyjmują wino już nikomu nie przeszkadza brak światła.

Mój nocleg jest oddalony 200m od domu proboszcza. Widzę gwiazdy, ale one mnie nie. Mimo bezchmurnego nieba jest czarna noc. Nic nie widać. Pierwsza tak ciemna noc w Afryce jaką doświadczam. Wchodzimy do budynku gdzie mamy spać. Okazuje się kliniką. Jeszcze nie otwartą. Czekają na nas pokoje z łóżkami wypełnione przyrządami medycznymi. W moim łoże ginekologiczne. Od razu czuję się bardziej komfortowo. W nocy będziemy bezpieczni. Tak nam przynajmniej mówią. Jest z nami strażnik. Stary, bezzębny. Pijany. Czuję się jak Vip. A jeżeli ktoś nas zaatakuje? Strażnik dzierży łuk. Zrobiony własnoręcznie. Strzały z prawdziwym grotem. A kysz złodzieje! Teraz możecie nas pocałować… Ale tylko na dobranoc. Bezpiecznie zasypiam.

Bartuś, a ten Komandos to z naszych słynnych Czerwonych Beretów? :) )

Leave a Reply


+ 3 = dziesięć