Dziennik malaryczny 7.12.2012

7 grudnia 2012r. 2:41. Budzi mnie ziąb. Nie zamknąłem okna, to może dlatego. Chwila. Przecież to Afryka. Na noc otwiera się okna. Ziiii, ziii, ziiimno. Nie mam koszulki na sobie. Chcę coś założyć, aby ogrzać ramiona. Odchylam niebieską moskitierę. Moja jedyna ochrona przed komarami podczas snu. Wstaję. Zwracam uwagę na moje nogi. Czuję, że stoję. Nic nadzwyczajnego. Jednak teraz to czucie przyciągnęło moją uwagę. Rozglądam się po pokoju. Widzę go z dystansu. Obiekty są wyraziste, ale obraz bez głębi. Czyżby dopadła mnie gorączka? Efekt przemęczenia? Rano, to będzie temat na rano. W głowie myśl, która staje się rozkazem. Załóż koszulkę, weź koc i połóż się spać. Tak też robię.

Kilka minut przed 3:00. Nie mogę zasnąć. Chce mi się spać. Zimno nie daje mi zasnąć. Kumuluje w sobie siły i wyskakuje po bluzę z kapturem. Wbiegam pod koc. Gaszę światło. Może zaraz przestanie mną trząść…

5:35. Dzwoni budzik. Simon dwa razy spóźnił się na wędrowniczy kwadrans. Pompki nie są dla niego problemem. Potrzebowałem mądrej kary. Musi się zameldować punkt 5:45. On nie ma zegarka, ani budzika. W tym cały harc. Mój harc to… Kompletny brak sił. Muszę sprawdzić czy mam gorączkę. Bez niej mogę iść. Termometr elektroniczny leży w szufladzie w biurku, razem z medykamentami. 3 metry dzielące biurko od łóżka w tym stanie będą wyczynem. Powoli się rozciągam, będąc jeszcze w łóżku, pod kocem. Zapewnia to mi więcej sił oraz chociaż trochę rozgrzewa organizm. Wstaję. Znów czuję, że stoję. Biurko. Szuflada. Termometr. Wprost pod język. Czekam na dźwięk. 37.6. Czyli gorączka. Na mój nos ten termometr kłamię. Czuję, że mam przynajmniej 38.6. Wiem co mówię. Wkładam go pod pachę. Chcę się upewnić, co do temperatury. 37.6. Drapię się po głowię. Patrzę na termometr.

- Trzeciego sposobu sprawdzania temperatury odpuszczę tobie. Masz dzień dziecka – mówię do termometru.

Kładę się do łóżka. Próbuję zasnąć.

7:20. Pukanie do drzwi. Nie śpię od 30 minut. Z wigorem leniwca w ciąży zwlekam się z łóżka. Otwieram drzwi. Simon.

- Wujku, chciałem powiedzieć, że skończyliśmy zaprawę.

- Dzięki Simon. Przepraszam, że nie mogłem być  o 5.45, ani na zaprawie. Chyba jestem chory.

- Ok. Wujku, zdrowiej.

Zamykam drzwi. W drodze do łóżka zaczynam dopiero trzeźwo myśleć. Nie spodziewałem się, że będą biegać beze mnie. Jestem dumny z moich chłopaków. Szkoda, że nie pomyślałem o tym i nie powiedziałem tego Simonowi. Może uda mi się to powiedzieć przy następnej okazji. Niestety, efekt nie będzie już taki wyrazisty. Praca wychowawcza w harcerstwie opiera się na kilku filarach. Bardzo istotnym jest filar SKiN. System Kar i Nagród. Przeoczyłem okazję do pochwały. Gorączka nie jest wytłumaczeniem. Nie jestem z siebie dumny.

7.50. Decyduję się poszukać cioci Angeli. Kobieta „do rany przyłóż”, ale też potrafi być zadziorna. Co najważniejsze dla mnie w tej chwili, jest osobą wykwalifikowaną medycznie. Stwierdzi co mi dolega.

-Chodź, dam Tobie leki – mówi. W mojej głowie jak mantra „oby to nie malaria, oby to nie malaria”.

Malaria. Ech. Nie chcę malarii… Teraz jej nie chcę. Za 2 tygodnie mogę mieć malarię. W tym momencie musze rozkręcić drużynę wędrowniczą. I cały mój plan 100 pompek w 6 tygodni spalił na panewce. Widzę jak kolejny raz Bóg uczy mnie pokory. Malarią.

Dziękuję Tobie Bożę za malarię. Za to, że muszę odwiedzać toaletę co godzinę, mimo że nie mam siły wstać z łóżka. Dziękuję tobie, że odebrałeś mi siły i prawie upuściłem laptopa kiedy go przenosiłem na łóżko… Ale przede wszystkim dziękuję za przyjaciół, którzy nie zawiedli, kiedy potrzebowałem pomocy. Za wsparcie ze strony harcerzy i harcerek z Polski, Litwy i Wielkiej Brytanii. Zorganizowali akcję Zdrowaśka za zdrowie Bartka. Smak takich cukiereczków zapamiętam do końca życia.

Możesz uznać mnie szalonym. Chciałem przejść malarię. Z resztą zdziwiłbym się, jakbyś jeszcze nie uznawał mnie za wariata, po przeczytaniu wcześniejszych wpisów. Chciałem doświadczyć Afryki także i od tej strony. Ks. Ryszard powiedział mi, że być w Afryce i nie zachorować na malarię, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Papieża. Ciężko się nie zgodzić. Zatem muszę uzupełnić listę co muszę jeszcze doświadczyć w Afryce. Zobaczyć słonie i małpy? Jest! Popływać po Nilu? Jest! Zachorować na malarię? Jest! Nawrócić córkę szamana?…

Życzę Ci zdrowia wariacie! ;)
Trzymaj się!

Leave a Reply


pięć − = 1