Podchody do podchodów 11.12.2012

- Dzisiaj w nocy będziemy ćwiczyli skradanie – widzę jak na twarzach chłopców pojawia się uśmiech, który próbują ukryć.

To są twardziele. Nie podskoczą do góry ze szczęścia, albo nie zaczną przytulać tak, jak to robią pierwszaki. Podkręcam obroty ambicji. Temperatura wzrasta. Podchody będą w czasie ciszy nocnej. Spoglądają na siebie. Oczy się świecą z podekscytowania.

-Jak ktoś was złapie, no to macie problem.

Chłopcy uwielbiają takie akcje. Trochę na krawędzi. Podchody jeszcze się nie zaczęły a adrenalina jest pompowana do serducha. Ekscytacja jak na warunki afrykańskie sięga zenitu, lub jak ktoś woli, równika.

21:45. Pakuję sprzęt po pokazie filmu. Laptop w rękę, projektor na ramię. Maszeruje przez dziedziniec. Czuję wzrok moich wędrowników. Stoją oparci o ściany, filary. Wszyscy w cieniu. Zaczynają czuć klimat. Wchodzę do biura i zostawiam projektor. Laptopa niosę do swojego pokoju. Warto się przebrać w coś ciemnego.

Maskowanie, kamuflaż. Istota podchodów. Bez tego ciebie złapią. A ja będę podchodzić murzynów… W nocy… Przecież nawet swoich nie poznam. Na co ja się porywam? Bartek, na pewno przeszła Tobie malaria? Działam świadomie. Nie wiem czy logicznie, ale świadomie. Cokolwiek bym na siebie nie założył, chłopcy będą lepsi. Wystarczy, że zdejmą koszulki. To już wiadomo która drużyna wygra. Oczywiście ta beze mnie. Hej przygodo!

Już przebrany wracam na dziedziniec. Zbieram chłopaków. Idziemy do ogrodu. Palmy, bananowce, drzewa dżakfruta. Pierwszy raz będę miał możliwość skradania się w takim środowisku. Przed południem przetestowaliśmy to miejsce. Bardzo łatwo można się ukryć. Liście bananowca rosną do 1.5 długości. Dwa takie i już ciebie nie ma. Wybrałem miejsce w ogrodzie gdzie drzewa nie są gęsto posadzone. Blask gwiazd oświeca trawę i zbitą ziemię pod palmami.

22:00. Przechodzimy przez bramę do ogrodu. Uśmiechnięci. Nie boimy się nocy. Chłopcy często powtarzają „Skaut nie boi się niczego”. Ale to ich słowa, ja tak nie mówię. Co prawda nocy się nie boję, ale afrykański busz nocą to co innego. Nawet jeżeli to nazywają ogrodem. Idziemy do miejsca zbiórki. Ostre kamienie wpadają między sandały a stopy. Boli, a nawet pieczę. Nie przejmuje się idę dalej. Zatrzymujemy się w umówionym wcześniej miejscu. Coś mnie gryzie pod nogawką. Drapię się intensywnie. Z pochylonej pozy spoglądam na chłopaków. Też drapią się po nogach. Nie mogą ustać w miejscu. O nie… To nie były kamienie w moich sandałach…

-Mrówki! Uciekać!!!

Nie sądziłem, że sprawność i witalność po malarii wrócą mi tak szybko. Chłopcy wolno nie biegają. Mimo to zostawiam ich 15 sekund w tyle. Dobiegam do domu wspólnoty. Jest tutaj światło. Mogę zobaczyć chociaż stopy. Miałem rację. To afrykańskie mrówki(w swahili „siafu”). W nocy to paskudztwo mogłoby spać. Ale nie afrykańskie. Oczywiście, że nie. Tutaj wszystko musi być większe i bardziej nieprzyjemne. Weszliśmy w ich pochód, dlatego nas zaatakowały.

Afrykańskie mrówki mogą zabić. Są na tyle skuteczne, że potrafią przegonić słonia od zrywania liści z drzewa eukaliptusa. Kiedy zaczynają atakować człowieka, nie robi to jedna mrówka, lecz wszystkie. Zaczynają gryźć stopy i wdrapują się coraz wyżej. Nie kończą gryźć jeżeli nie zabiją intruza. Najwięcej ich atakuje miękkie sfery człowieka. Złodziejki bez pardonu. U mężczyzn zawsze chcą się dobrać do skarbca z klejnotami.

- Zaraz wracam!- rzucam w biegu i pędzę do pokoju zdjąć ubrania. Mam dwa klucze. Jeden do drzwi wejściowych do domu wspólnoty, drugi do mojego pokoju. To jest ten moment kiedy żałuje, że te drzwi nie są na rzepy. Wbiegam do pokoju. Wojskowe spodnie z wojskowym, skórzanym pasem oficerskim. Słodko… Naprawdę mi ciebie szkoda- mówię sam do siebie. Nerwowo wszystko rozpinam i zrzucam. 3 mrówki już niedaleko pachwiny. Zabijam insekty. Ufff. Było blisko. Wytrzepuję spodnie i oglądam czy nie zostało ich więcej. Te która spadły na ziemię depcze. Jeszcze wyślą smsa po wsparcie i będę miał mrowisko w pokoju. Myślisz, że nie potrafią wysłać smsa? Ja tego nie wiem. Lepiej jednak dmuchać na zimne.

Wychodzę z domu wspólnoty. Chłopcy czekają na mnie. Nie tylko ja jestem pogryziony przez siafu. Cała drużyna przez kilka dni będzie wspominała bolesny romans z mrówkami. Ani ja, ani chłopcy okazji do podchodów nie chcemy przepuścić. Szukamy nowego miejsca. Kierujemy się w stronę boiska do koszykówki. Znajduje się w dolnej części kompleksu. Nie ma tam dużo lamp i niektóre z nich można wyłączyć. Z jednej strony jest rów odpływowy, po drugiej zaczyna się farma. Można się schować w kurniku. Mi to odpowiada. Tutaj rozegramy pojedynek.

„Komandosi”. Odmiana nocnych podchodów. Dwie drużyny starają siebie podejść nie zauważeni. Każdy może się przemieszczać. Wygrywa drużyna, która pierwsza wyeliminuje wszystkich przeciwników. Jeżeli wróg zostanie spostrzeżony krzyczy się „Tratatata, imię osoby zauważonej”. Każdy z początku śmieje się z „tratatata”. I dobrze. Zabawa bardziej radosna. Po jednej rundzie okrzyk „strzału” wydaje się naturalny.

John, Oguanga, Aguuna, ja. To moja drużyna. Ciągniemy losy, aby wybrać stronę, z której zaczynamy grę. Moja drużyna wyciąga najkrótszą słomkę. Lider drużyny przeciwnej, Simon, wybiera część terenu z budynkiem. Dobry wybór. Moja drużyna musi się zadowolić jedynie krzakami. Przyjmujemy postawę defensywną. Nigdzie się nie ruszamy, aby jako pierwsi wypatrzeć wroga. Aguuna chowa się w krzakach. John szuka schronienia w krzakach. Ogunaga wchodzi pod trawę słoniową przywiezioną dla krów. Ja znikam w rowie. Suchy. Nie ma też mrówek. Przytulnie. Ta rozgrywka będzie przyjemniejsza od poprzedniej.

Mija 15 minut od rozpoczęcia. Oczy powoli przyswajają się do ciemności. Widzę coraz więcej. Kształty bardziej wyraziste. Odróżniam ciemniejsze miejsca od ciemnych. Podczołguje się. Może uda mi się coś zauważyć. Bartek, halo? Tu Intuicja dzwoni. Nie uważasz, że ktoś może być naprzeciwko Ciebie? Leży w rowie po drugiej stronie? Zakończenie rowu jest nienaturalno ciemne.

Intuicja źle mi nie podpowiada. Przestaje się czołgać w 1/4 drogi. Wyczekuję na szelest, ruch lub coś co może zdradzić kryjącego się przeciwnika.

-Aaaaa!!!- słyszę głos Oguanga z tyłu. Nie mam możliwość odwrócenia się. Co się stało się? Nie ujawniam się. Czekam chwilę może sytuacja sama się wyjaśni. Zbliża się 23. To znak, że trzeba kończyć. Wstaję z rowu i świecę dookoła komórką. Chłopcy się zbierają. Wielki gwar. Żywa dyskusja. Chłopcy wchodzą sobie w zdania. To znak dla mnie, że gra się udała. Ruchy, kryjówki, miejsca nieoświetlone. Wspominają i analizują wszystko co się wydarzyło.

- Ogunaga, co tam się stało? – pytam

-Wujku! Leże spokojnie pod trawą słoniową i wypatruje przeciwnika. Słyszę tylko jakieś syczenie. Myślałem że to jakieś świerszcze. Poczułem jednak w jednej chwili zimny dotyk na skórze. To był wąż nie świerszcze. Więc zwiałem.

Wraz z chłopakami patrzymy na Oguanga. Staram się powstrzymać od śmiechu. Powietrze z płuc przedziera się przez usta. Zaczynam się śmiać coraz głośniej i głośniej. Osuwam się na ziemię. Jak wytrzymać w powadzę, kiedy jak nie mrówki ciebie atakują to wąż. Chłopcy śmieją się ze mną. Płyną mi łzy. Próbuje złapać oddech. Nie mogę. Oni są niemożliwi. Od dzisiaj będę ich nazywał agentami specjalnej troski. Wracamy do swoich domów. Pogryzieni. Radośni. Pełni życia.

„Istotę życia skautowego stanowi pełne tężyzny życie w terenie.” - gen. lord Robert Baden-Powell, twórca Skautingu

Hardcory, dobrze, że nikomu nic się poważnego nie stało.

Ciekawe co zrobisz jak w spodnie wejdzie Ci przemiła lasiodora parahybana ;)

jestem z ciebie dumna :)

Leave a Reply


osiem + 3 =