Wymarzony dzień 19.12.2012

7:00. Budzik ironicznym dzwonkiem trzęsie moją świadomość. Koła zębate zaczynają się obracać w rozczochranej makówce. Kotara powiek unosi się. Widzę świat. Jestem nadal żywy. Ile jeszcze można czekać na niebo?

Łazienka. Facet z lustra krzyczy wesoło- „Mordo Ty moja!”. Oprócz Jezusa to mój prawdziwy przyjaciel na misji. Śmieje się razem ze mną, smuci również. No ale w siatkówkę z nim nie pogram. Jest uziemiony w moim lustrze. Przegląd uzębienia. Nic nie ukradła wróżka zębuszka podczas snu. Czas na prysznic.

7:15. Medytacja w kościele. Myśli rozbiegane wpadają w koleiny wspomnień. Staram się skoncentrować na Jezusie. Łatwo nie jest. Trwać. Najcięższe zadanie dla mnie. Sprawę utrudnia brak dobrej relacji z Jezusem. Jestem misjonarzem, ale nadal czuję, że moja relacja nie jest właściwa, wystarczająca. Chcę mieć ją lepszą. Ale zwyczajnie, po ludzku nie umiem. Modlitwa podsumowująca medytacje. Tak szybko? 15 minut minęło w 2. Msza się rozpoczyna. Każdego dnia oprócz niedzieli jest z jutrznią. Czas na modlitwę z brewiarza. Ksiądz Ryszard spogląda na mnie znacząco. Dlaczego akurat dzisiaj? Rzuca okiem na mnie, później na parapet. Leży tam wolny brewiarz. Rozumiem. Chce, żebym się modlił razem ze wspólnotą na głos. Pierwszy raz troszczy się o mnie w sprawach duchowych. Często podczas jutrzni medytuję. Oparty głową o przednią ławkę. Ręce spuszczone w dół. Usta otwarte. Może podejrzewa, że jednak nie wiąże sznurowadeł w moich sandałach na rzepy? Może zdradza mnie ta 10 minutowa nieruchliwa poza? A może zdradza mnie chrapanie? Jak on na to wpadł, że czasami przysypiam? Zagadka zbyt skomplikowana na moją głowę. To już zostanie słodką tajemnicą doktora Oetkera.

Czuję radość. Mały gest, nawet surowy, a znaczy dla mnie wiele. Spojrzenie stawiające do pionu. Ociosane ze złości i radości. Czyste, bez zbędnych emocji. Rysiek nie otwiera ust. Mimo tego i tak słyszę w mojej głowie jego głos: „Weź ten brewiarz. Na co czekasz?”. I dobrze mi z tym. Szorstko, ale troszczy się o moją duszyczkę. Dzięki księże. Niech Ciebie błogosławi Ten, co ma do mnie i do nas wszystkich nieskończoną cierpliwość i miłosierdzie.

Koniec mszy. Wychodzę na przygnieciony słońcem dziedziniec. Chłopcy czekają na poranną modlitwę. Franco biega z pistoletem zrobionym z kijka, gumy i zatyczki od długopisu, służącej jako pocisk. Sezon na strzelanie z procy uważam za otwarty.

-Wujku obiecałeś gry skautowe- przylepie się do mojej ręki Bruce i smutno szepczę.

Dotrzymuję danego słowa. Idziemy do ogrodu. Bernard będzie prowadził grę. Wie, że wystawiam go na próbę. Chcę zobaczyć czy da sobie radę jako lider. Zaczyna od uczenie musztry. Nie można podzielić ich na drużyny, jeżeli nie potrafią odliczyć do dwóch. Bernard wyjaśnia podstawy musztry w luganda. Ma łatwiej niż ja. Tymczasem chłopcy nadal popełniają błędy. Podchodzę do niego. Szepczę mu do ucha, żeby zaprezentował na mnie. Kilka naszych pokazów musztry i chłopcy zaczynają się uśmiechać. Czują bluesa.

Gra toczy się w tonie: kto przechytrzy kogo. Cwaniakowanie. Najcięższy grzech do wyplenienia u afrykańskich chłopców. Naginają zasady. Ich cel jest inny niż mój. Muszę chłopców nauczyć że wygrać za wszelką cenę nie przynosi takich pozytywnych skutków jak gra dla frajdy. Zwołuję ich. Wrzawa jak na targu. Uciszam 2 razy specjalnym zawołaniem. Nie działa. Doigrali się. Wołam pełnym głosem. „Gleba!” Pompki szybko zamykają usta. Wstajemy. Podsumowanie gry. Nie opłaca się oszukiwać. Z czasem zrozumieją.

Po lunchu idę zebrać chłopaków. Nie ma słońca. Odpowiednia pogoda na trawę słoniową. Miejsce bagniste, trawa ciężka do ścinania. Nikt tam nie lubi jeździć. Nawet farmer się miga. Widzę opadłe miny chłopaków. Morale kiepskie. Przywdziewam uśmiech numer 5 i zaczynam nosić trawę. Niebo rozchmurza się. Temperatura wzrasta. Abym nie został pocięty przez trawę noszę na sobie bluzę z kapturem. Wymóg konieczny, który niesie za sobą skutki. Chłopcy uważają mnie za twardziela by nigdy nie widzieli mnie spoconego. To prawda. Nie pocę się, ale tylko na twarzy. Za to reszta ciała… W takim słońcu, ubrany w bluzie będę daniem głównym na kolację. Bartek w sosie własnym. Gotowany na parze.

Po 30 minutach samochód pełen trawy. Czas wracać do domu. Jeżdżę wolno. Najwyższy bieg to dwójka, a prędkość to 30 km/h. Dzisiaj jadę na jedynce. Mamy dużo trawy, szkoda, żeby spadła. Słońce chce nas otulić ciepłem i jasnością. Siostro Słońce, nie bierz tego do siebie. To nic osobistego, jednak kiedy prowadzę, takie mocno światło mi przeszkadza. Toczymy się. Serce rozradowane przez dzisiejszy brewiarz. Spoglądam na chłopców. Zmęczeni opierają się o siebie. To jest to! Ta chwila niech żyje wiecznie. Nic szczególnego. Brak pompy, tylko codzienne życie na misji. I o to chodzi. Spełniam swoje powołanie. Zaczynam śpiewać „Oprócz błękitnego nieba”.  Chłopcy ruszają głową w rytm muzyki, której nie ma. Śpiewam z uśmiechem przy zachodzącym słońcu, prowadząc niebieski złom wypchany trawą. Jestem szczęśliwy. Jestem spełniony. Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba…

Biały NilBiały Nil

Kiedy jestem sam
Przyjaciele są daleko, ode mnie, ode mnie
Gdy mam wreszcie czas dla siebie

Kiedy sobie wspominam
Dawne, dobre czasy,
Czuję się jakoś dziwnie, dzisiaj noc jest czarniejsza

Oprócz błękitnego nieba
Nic mi dzisiaj nie potrzeba

Gdzie są wszystkie dziewczęta,
Które kiedyś tak bardzo, tak bardzo kochałem, kochałem
Kto z przyjaciół pamięta ile razy dla Nich przegrałem

W gardle zaschło mi
I butelka zupełnie, zupełnie, już pusta, już pusta
Nikt do drzwi już dzisiaj nie zastuka

Oprócz drogi szerokiej, oprócz góry wysokiej
Oprócz kawałka chleba, oprócz błękitu nieba
Oprócz słońca złotego, oprócz wiatru mocnego
Oprócz kawałka chleba, oprócz błękitu nieba

 

Bartku! Twoje wpisy „połykam” z nadzieją, że za chwilę pojawi się następny. Dziękuje Ci, to piękne móc uczestniczyć w tym co przeżywasz.
Na ten nadchodzący czas Świąt, chce życzyć Ci przede wszystkim, aby Jezus narodził się w twoim sercu i z mocą wkroczył w twoje życie i przez Ciebie w życie chłopców. Nich Pan Ci błogosławi!

Bartku, błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, pokoju w sercu, radości i pokory w służbie, niech Pan Cię strzeże i błogosławi. Życzenia również dla całej Twojej obecnej wspólnoty. Agnieszka Andrzejewska

Leave a Reply


9 + = jedenaście