Przystawili mi karabin do głowy 21.12.2012

Noszę się bezwarunkową beztroską. Patrzę wstecz i widzę moje życie. Nie najcięższe. Notatnik sumienia zabazgrany. Ale tylko do 21 grudnia 2012. Reszta to białe kartki losu. Co mi, Panie, dasz w ten nie pewny czas?

Cały okres przedświąteczny był podporządkowany przygotowaniem do zawodów sportowych w Rwandzie. Ks. Jean-Marie już miesiąc temu mówił mi, że chce mnie wziąć, jako opiekuna. Temat się rozmył. Nie mam pewności co było przyczyną. Wszystko przypieczętował fakt braku paszportu. Urząd Imigracyjny trzyma go już prawie miesiąc. Nasi sportowcy mieli wyruszyć w poniedziałek rano, jednak problemy z firmą transportową spowodowały że ruszyli dopiero nocą. Pomyślałem sobie wtedy: szkoda mi ich,  przyjadą niewyspani i od razu każą im grać.

Dzisiaj czekamy na ich powrót. Spodziewamy się, że nic nie wygrali. Nie przeszkadza nam to, bo wiemy w jakich okolicznościach przybyli na zawody. Godzina 8:06. Wchodzę do jadalni. Przy stole siedzi ks. Rysiek i ks. Jean-Paul z salezjańskiej placówki w Kamuli. Przysiadam się. Przygotowuję moje codzienne paliwo. Chleb z dżemem. Rozsmarowując dżem pytam ks. Ryśka.

- Wiadomo jaki jest wynik zawodów? Coś wygraliśmy?

- Nie jest ważne czy wygrali. Ważne jest to, że są cali…

- To oczywiste- przerywam mu w środku zdania

- Zostali obrabowani. Pół nocy spędzili na posterunku policji. Zabrali im wszystkie pieniądze, komórki, itp.

Nie oddycham. Kanapka w połowie posmarowana. Pierwsza myśl, która mi przychodzi do głowy: ja tam miałem być. Pytam księdza o szczegóły. Wracali w nocy, w okresie przedświątecznym. Jest to czas wzmożonej aktywności rabusiów. Obrabowali ich już na drogach Ugandy. Rabusie w Afryce inaczej się zachowują niż polscy. Jezu! Tam były dziewczyny! Oby nikt je nie dotknął. Skąd ks. Ryszard wie, że zostali obrabowani? Pewnie zadzwonili z policji. Teraz jednak nie ma z nikim kontaktu. Rysiek stara się rozładować sytuację śmiejąc się, że ks. Jean-Marie nie czekał na złodziei. Zgubił swoją komórkę już w Rwandzie.

Nie mam apetytu. Kończę śniadanie i kieruję się do swojego pokoju. Nie myślę o tym żeby się modlić. Ciężko mi myśleć o czymkolwiek. Nic konstruktywnego nie jestem w stanie osiągnąć. Korzystam z Internetu. Marna próba zapchania nerwowego czasu oczekiwania. Uczyli mnie, że w sytuacjach stresowych najlepiej abym zajął się czymś co mnie pochłonie. To naturalny sposób na odciągnięcie od myśli pełne pytań, bez odpowiedzi. Niepewność to drugie imię stresu.

9:26. Zaczynam słyszeć głośną muzykę pop luganda. Wrócili. Łapię za aparat. W biegu sprawdzam akumulator i kartę pamięci. Wszystko gotowe. Dobiegam do autokaru. Przyjechali kilka minut wcześniej. Nie słyszałem ich. Szukam wujka Nyerere. Schodzę na dół, do domu, gdzie mieszka. Wujka nie ma, za to są chłopcy. Biorą prysznic po nieszczęśliwej podróży. Słyszę historię pierwszy raz. Byłem kiedyś raz okradziony w pociągu. To wydarzenie jest jednak całkowicie inne. Słucham z przejęciem. Ten wyjazd od początku był pechowy. Ale, żeby aż tak? Niedowierzam. Los chłopców jest mi bliski. Nie potrafię wyplenić z mojej głowy myśli, że z nimi tam pojechać. Spuszczam wzrok w dół.

Spotykam Kayiwa. Najlepszego strzelca naszej drużyny. Urodzony lider, ale jeszcze o tym nie wie. Zaczynam temat obrabowania. Kayiwa opowiadając zaczyna się trzęść. Niektórych słów nie kończy przez jąkanie. Muszę się domyślać się sensu. Patrząc na niego widzę ucieleśnioną traumę.

- Po co tam w ogóle pojechaliśmy?- mówi- Przyjechaliśmy rano, zamiast dzień wcześniej na wieczór. Dali nam złe jedzenie, które zaczęło już śmierdzieć. Kolacja z wcześniejszego dnia miała być dla nas śniadaniem. Odmówiliśmy zjedzenia. Zaraz kazali nam grać.

Kayiwa zatrzymuje się. Oczy rozbiegane, drżące wargi. Zbiera się w sobie. Rozpoczyna historię obrabowania. Ujawnia dla mnie nowe fakty. Każda kolejna historia jest gorsza. Może też dlatego, że odważam się zadawać więcej pytań. Pytań trudnych po tak krótkim czasie.

Toaleta. Taki jest kierunek. Będąc w drodze między domem wspólnoty a budynkiem numer 4 widzę jednego chłopaka. Ubrany w nasz dres sportowy. Maszeruje z plecakiem do bramy wjazdowej. Puścili go do domu, po tym co się stało?

- Emma! Emma!- krzyczy Richard do ów chłopaka.

Czyli ucieka. Emma moim zdaniem to najlepiej wyrzeźbiony chłopak. Jego mięśnie są wręcz ogromne jak na wiek osiemnastolatka. Przewieszam aparat przez ramię. Zaczynam biec. Sandały wypychają kamyki spod stóp. Run Bartek! Run! Wrzucam 5 bieg. W pościg włącza się kilku innych chłopaków. Dobiegam pierwszy. Łapię Emmę za ramię. Spoglądam na jego twarz. Mój Boże… Bezosobowy wzrok Emmy tkwi skierowany w ziemię. To mnie wystraszyło. Po sekundzie jestem już trzeźwy. Ale Emma… To chyba szok. Zdecydowanie szok. Razem z Richardem obracamy go i kierujemy go do byłej jadalni. Oczy bez duszy… Emma idzie z nami pokornie jak ciele na rzeź. Wszystko utwierdza mnie w mojej diagnozie. Richard bierze jego plecak. Ja mam czas zrobić zdjęcie.

IMG_36352

Idziemy w ciszy. Ksiądz Ryszard wraz z innymi patrzą na Emmę w bezsłownym współczuciu. Dyrektor placówki decyduje, aby chłopaka zawieźć do szpitala. Dowiaduję się, że był bity po głowie kijem grubości mojej ręki. Opadły mi ręce trzeci raz dzisiejszego dnia. Wchodzę do byłej jadalni. W środku wujek Nyerere pokazuje plecy. Nie wiem komu. Nie zwracam nawet na to uwagi. Jestem zahipnotyzowany. Na adoracji nie wpatrywałem się na Jezusa, jak teraz na plecy Nyerere. Przełykam ślinę. Wszyscy to słyszą. Na Murzynie nie widać tak siniaków, jak na białym. Minęło niespełna 7 godzin od wydarzenia, a już widzę 3 poważne. Z czego 2 w okolicy nerek.

IMG_36372

Cały dzień mija na rozmowie z naszymi sportowcami. Staram się, aby to z siebie wyrzucili. Jeżeli zatrzymają to w sobie, odbije się trwale na zdrowiu psychicznym. Nieudolnie niektóre sytuację staram się zamienić w żart. Ironiczny, skromny uśmiech. To ich odpowiedź. Przed obiadem mam pełny obraz całego nieszczęśliwego zajścia. Oto on:

Koniec zawodów w Rwandzie. Powrót do domu. 2 w nocy. Ugandyjskiej droga, niedaleko Mbarara. Autokar naszych sportowców z dużą prędkością wyprzedza duży samochód. Blokuje drogę. Wyskakuje z niego 6 mężczyzn. Jedni machają, żeby pojazd się zatrzymał, podczas gdy inni rzucają w niego kamieniami. Kierowca oznajmia na głos, że droga jest zablokowana przez rabusiów. Zatrzymuje się. Do autokaru wparowuje 3 rabusiów. „Mieli kije grubości mojej ręki” – wspomina James. Biją wszystkich. Największy łomot dostają pasażerowie z przodu, czyli ksiądz, wujek Nyerere i kierowcy. Zaczynają się wrzaski. Nagle wchodzi mężczyzna ubrany w strój militarny z karabinem automatycznym AK-47. Nastaje cisza. Wprowadzają swojego kierowcę. Ten dynamicznie rusza z miejsca i wjeżdża w busz.

Jadą głęboko na 2 kilometry. Tam też przyjeżdża inny autokar i 2 samochody, które zaraz mają być obrabowane. W buszu czeka na nich znacznie większa grupa złodziei, wraz z ich szefem. Każdy wyposażony we wcześniej wspomniany karabin. Wyprowadzają wszystkich na zewnątrz i każą się położyć twarzą do ziemi. Pytają o szefa. Chłopcy zakrywają księdza swoimi ciałami. Noc, środek buszu. Rabusie nie widzą manewru. Sportowcy boją się, że gdy złodzieje dowiedzą się, iż ks. Jean-Marie jest księdzem to go zabiją. Wszyscy ubrani są w dresy sportowe. Rabusie krzyczą, biją leżących. Przystawiają broń do głowy niektórym z chłopców. Chcą widzieć kto dowodzi, kto jest trenerem. Któryś z chłopców wskazuje na Nyerere. Zaczynają go bić wujka. Pytają gdzie są pieniądze. W tym samym czasie przeszukują chłopców. Gwałtowny ruch i uczeń dostaje po twarzy otwartą ręką. Niektórzy są ściskani za jądra. Zabierają im wszystko co kosztowne lub markowe. Buty, torby. Pieniądze, nawet drobne. Nic nie pozostaje. Niektórzy będą wracać boso. Autokar salezjański jest lepiej traktowany niż inne przechwycone pojazdy. Kilku rabusiów chcą zgwałcić ładniejsze dziewczyny. Szef szajki ich powstrzymuje, argumentując, że to są nadal uczniowie. Wsadzają sportowców do autokaru. Każą im przejść na sam tył. Chcą spalić autokar wraz z młodzieżą. Wybuch panika. Nie wiadomo co jest powodem, ale rezygnują z tego przedsięwzięcia. Puszczają ich wolno. Całość trwa godzinę.

A gdzie w tym wszystkim ja? „Wujku, czemu z nami nie pojechałeś?” – pyta Seggawa. „Myśleliśmy, że będziesz z nami. Nawet miejsce w autokarze tobie zajęliśmy” – dzieli się Edison. „Wujku, Bóg ciebie ocalił, że nie byłeś z nami”- wyznaje Kayiwa. „Oni Ciebie by zabili. Nie cierpią białych” – wyrzuca z siebie James.

Narzekam. Upadam. Przegrywam. Porażki i niepowodzenia traktuję negatywnie. Zawsze to jednak doświadczenia. Pokazują mi coś nowego. Nie mogę porażki traktować negatywnie. To wydarzenie pokazuje mi to. Czuję jak Bóg ocalił mi życie. Przez „przypadek”. Przez Urząd Imigracyjny. Ale dlaczego? Co ja mam teraz zrobić? Czy to dlatego, że moja praca jest tutaj ważna i nadal mam misje do wypełnienia? A może to tylko nauczka dla mnie. Nie mogę czuć się pewnie, że dożyję starości. Nie znam dnia ani godziny, kiedy przyjdzie po mnie wieczność lub nicość.

Gdybanie nie jest w moim stylu. Nie wiem co by było gdyby… Nie wiem. Wiem natomiast co będzie teraz. To samo. Misja w Ugandzie… Jeszcze 9 miesięcy…

 

jakim cudem na murzynie widać siniaki? To możliwe w ogóle?
P.s. Trzymaj się Bartek, nie tarć wiary w sens swojej misji

Bartku Pan jest z Toba,nigdy nie wiemy co nas spotka,jestes na misji,misjom jest tez nasze zycie,trwaj w Panu a On Cie poprowadzi.Z modlitwa Monika

Dopiero wpadlem na twojego bloga, mocna historia. Czlowiek zaczyna doceniac zycie i to co ma… Dziekuje i gratuluje tego ze odwazyles sie tam byc i pomagac.

Drogi Bartku! Dzisiaj na Wieczorze Chwały, Twoi koledzy i koleżanki ze wspólnoty prosili o modlitwę za Ciebie i polecili nam Twojego bloga. Bóg jest wielki! Chwała Panu za to, ze Cię ocalił i za Twoją posługę! Trzymaj się, zapewniam o modlitwie, wracaj do Polski cały i zdrowy.

Bartek, tak jak powiedział jeden z chłopców Bóg Ciebie ocalił, ma wobec Ciebie swoje plany i chce byś dalej pomagał tym chłopcom… Piszesz, że dla chłopaków to ogromna trauma, że przystawili im karabiny do głów – na pewno! ale o ile większą traumę przeżyliby, gdyby zrobili Ci krzywdę na ich oczach…? Wierzę, w to że Pan da Ci łaskę aby dotrzeć do Nich i pomóc im poradzić sobie w tej sytuacji i jeszcze w wielu innych. Ja zapewniam o swoje modlitwie za Ciebie i wszystkich służących Panu razem z Tobą oraz za wszystkich Waszych podopiecznych.
Pozdrawiam serdecznie, niech Ci Pan Bóg błogosławi i Cię strzeże.

Bartek, ta historia jest straszna, jak ją czytałam miałam ciarki na ciele. Wierzę, że Pan Jezus czuwa nad Wami! «Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali» 2 Kor 12, 9. Pamiętam w modlitwie!

Leave a Reply


× sześć = 48