Pierwiastek ulicy 4.02.2013

Janek Bosko, ten święty od wychowywania młodzieży, to był dopiero urwis. W jednym z jego snów starał się nauczyć chłopców manier. Pięściami. Dlaczego zatem Bóg wybrał go do pracy z młodzieżą? Bo nikt tak nie zrozumie gagatka jak inni gagatek. Posunę się dalej w moim myśleniu. Jeżeli salezjanin nie był w pewnym stopniu łobuziakiem, to kiepski z niego salezjanin. Odpowiednim miejsce, gdzie można sprawdzić młodzieżowego zakonnika będzie zdecydowanie placówka CALM w Namugonogo…

Niedziela… Co to jest: chude, małe i bez zęba na przedzie? Oczywiście Favor. Kto by się spodziewał, że razem z również 7 letnim Daudi będą jak agent Ethan Hunt z filmu Mission Impossible. Od kilku dni kręcili się wokół domu wspólnoty. Favor mówił, że szuka ks. Jean-Marie. Nie pytałem o co chodzi. Nie pilnowałem ich. To był błąd.

Na parterze na stałe mieszkam ja i brat Robert, z Indii, który w lipcu będzie obchodził skończone 90 lat! Mocarz! Wierny kibic Chelsea FC. Kiedy brat wyszedł oglądać grę w piłkę nożną naszych chłopców, cienkie, ale długie ręce Favora przez uchylone okno  dosięgnęły telefonu brata i ładowarki. Wyczekany moment. Okazja, którą wykorzystali. Nie wiem czy wcześniej to planowali. Bawiących się telefonem Favor i Daudi znalazł Simon, chłopak z mojej drużyny wędrowniczej. Pochwaliłem go. Pomyślałem wtedy, że tym małym szkrabom wcześniej mógłbym powierzyć telefon do przechowania. Teraz nie. Pamiętam jak wujek Paul mówił mi: „niczego im nie dawaj, bo albo to zepsują albo to zniknie”. Myślałem wtedy, że przesadza. Od tego wydarzenia mam inny stosunek do jego rady.

Poniedziałek… Ksiądz Jean-Marie pyta:

- Zamknąłeś drzwi na noc od strony jadalni?

- Tak. A co się stało?

- Zniknęły klucze otwierające kuchnie od zewnątrz.

Klucze w CALM się nie gubią. One znikają jak statki w trójkącie bermudzkim, aby znowu się pojawić kilka miesięcy później. Ktoś chciał mieć dostęp do kuchni. Kto? Dowiemy się dopiero za jakiś czas, jak sprawa z kluczami ucichnie.

Czwartek… Nie mamy już trawy słoniowej do ścinania na tzw. prawej stronie. Jesteśmy zmuszeni jechać na lewą stronę, do Kira. Nikt tam nie lubi jeździć. Nikt. Praca w bagnach, dużo odległość od trawy do samochodu, wspinanie się na pagórek, na którym stoi pickup. Na miejscu ostrożnie zawracam i parkuje samochód. Biorę sznurek i przywiązuje tylne drzwi, aby były cały czas otwarte na oścież. Trawa jest zbyt długa, aby można było zamknąć drzwi. W tym czasie chłopcy już zeszli na dół i patrzą na plac budowy, obok którego mamy trawę. Jeden z chłopców klaszcze głośno i powoli jakby chciał przegonić ptaki. Reszta patrzy się w kierunku budowy.

- Dlaczego on klaszcze?- pytam chłopaka, który został przy samochodzie aby pakować trawę.

- Może zobaczyli kolegów? Nie wiem dokładnie.

Przyjąłem do wiadomości. Schodzę na dół pomóc nosić trawę. Na drugim kursie Anthony, ten co mnie doprowadza do szewskiej pasji, zagaja po cichu:

- Wujku, nie chcę, żebyś ich karał, ale tam na budowie pracują nasi chłopcy…

Nie zdążył dokończyć zdania kiedy 100 watowa żaróweczka zapaliła się nad moją głową. Wszystko nabiera sensu. Rano wujek Nyerere skarżył mi się, że ma poważny problem z Simonem, którego drugiego imienia nie pamiętam oraz z Oguanga, moim wędrownikiem. Znikali przez 3 dni z placówki. Wracali na wieczór bardzo zmęczeni. Rozmowa z nimi nie skutkowała. Nie chcieli mówić gdzie byli. Teraz wiem dlaczego chłopcy klaskali. Chcieli ich ostrzec przede mną.

- …Simon i Oguanga – kończę zdanie za Anthonego.

- Tak, ale są jeszcze inni.

Rzeczywiście. Są a tyle bezczelni, że pracują w koszulkach z naszej misji. Stoją tyłem i rozmawiają ze sobą. Spoglądam na nich oparty o murek. Oni wiedzą, że ich zobaczyłem, mimo to nawet nie przywitali się ze mną. W głowie mówię do siebie- robicie sobie tylko problem. Wracam do pracy. Trawa sama się nie zniesie do samochodu. Luggya, chłopak z głową na karku, po ścinaniu trawy podchodzi do Simona i Oguanga. Stara się ich przekonać, aby rzucili tą pracę. Kiedy wyłaniam się za ściany i kieruję się w kierunku chłopców cała praca na budowie zastyga. Dosłownie. Wszyscy się patrzą co teraz stanie. Czuje wzrok na sobie 10 silnych Afrykańczyków. Chłopcy z naszej misji powoli uciekają w krzaki. Zostaje Simon i Ogunaga, którzy rozmawiają z Luggya. Rozmowa wygasa w momencie kiedy podchodzę. Stoimy 30 sekund w ciszy. Oguanga dopiero wtedy mnie wita. Simon ani drgnie.

- Przykro mi, bo i tak wiedzieliście, że was zauważyłem, a nawet się nie przywitaliście. Zero szacunku dla mojej osoby, brak dobrych manier.

Ogunga i Simon zostali odesłani do domu. Pierwszy może wrócić pod pewnymi warunkami. Zobaczymy jak mu zależy. Niestety takie zachowanie wyklucza go z bycia liderem. Dlatego też to koniec jego przygody w drużynie wędrowników. Razem z nimi przez chwilę pracował Emma, również z drużyny.

- Wujku, jeżeli będą chcieli mnie przenieść do ośrodka wychowawczego, to tak jak śmierć. Ucieknę w nocy.

Ośrodek wychowawczy, czyli ugandyjski poprawczak. Piekło w mniemaniu naszych chłopców. Wysyłamy tam tych, z którymi nie dajemy rady. Łobuzów, którzy nie chcą zmiany swojego zachowania. Urwisów, u których ulica zrobiła permanentne spustoszenie w ich rozwoju społecznym.

- Pogadaj z ks. Ryszardem. Od tego zacznij- odpowiadam – Ale to nie pierwszy twój taki wybryk. Wcześniej kradłeś kury czy jajka z naszej placówki. To są konsekwencje. Myślałeś, że po tym wszystkim będą tobie bić brawa? Nie myślałeś nad konsekwencjami? No to teraz masz do tego okazję. Położenie, w którym jesteś to twój wybór.

Przełykam gorzką ślinę. Moje słowa nie są przyjemne. Emma potrzebuje jednak porządnego życiowego policzka, aby się obudzić z bezmyślnego postępowania.

Niedziela… Słyszę krzyki dobiegają z okolic biura. Idę się przyjrzeć. Przy oknach budynku grupa chłopców krzyczących do kogoś w środku. Zaglądam do środka. Widzę Akima i chłopca nie z naszej placówki. Zamknięci biurze na klucz. Nie mogą uciec, bo oknach są kraty. Pytam chłopców co się stało. Nikt nie chce mówić. Dosyć częste zachowanie. Zacząłem się przyzwyczajać do tego. Poszukam wujka Nyerer, może on coś wie- pomyślałem. Południe. Żadnej chmurki na niebie, a chłopcy wraz z wujkiem Nyerere i Paulem grają w nogę. Ja tak nie potrafię. Nyerere stoi na bramce. Podchodzę i się pytam o sytuację w biurze.

IMG_4626

- Wujek Paul- odpowiada- zatrzymał tych dwóch chłopców kiedy inni z naszej misji bili ich kijami, jakby ich chcieli pobić na śmierć. Jeden z nich sprzedawał rzeczy skradzione z placówki.

Samosąd. Akim nawet jak go wypuszczą nie będzie miał już życia w CALM. Jeżeli kradł od innych chłopców nie znajdzie tutaj kolegi. Czeka go ciężki los na placówce.

- To poważna sprawa, dlatego ich zamknęliśmy w biurze- dorzuca Neyerere, po czym wybiega z bramki, żeby bronić. W końcu gra cały czas się toczy.

Nie zrozumiem Afryki. No nie zrozumiem. Chcieli chłopaka zatłuc na śmierć, a wujkowie go zamknęli w biurze i poszli grać w nogę. Ciekawe, kiedy ja będę podchodził tak bezstresowo do problemów?

Akim został odesłany do rodziny następnego dnia. Nie wróci tutaj. Tak czuję. Czuję jeszcze, że ten tydzień to tylko początek ciężkiego tygodnia. Zaczynam dostrzegać prawdziwe kolory tej placówki. Chłopcy, którym nie można we wszystkim ufać. Chłopcy, w których nadal jest widoczny pierwiastek ulicy. Chłopcy, których i tak kocham.

Bartku…. w każdym…nawet najgorszym łobuzie jest odrobina dobra…tak mawiał nasz Duchowy Ojciec… Ty pomnażasz to dobro… I niech będzie Ci Chwała za to… cierpliwości więc życzę i pamiętam o Was w modlitwie :) Pozdrawiam z zimowej Polski :)

Bartku….Bartusiu….nie dość , że mieszkamy obok siebie to razem obchodzimy urodziny…tylko że ja 27+VAT… czego Ci życzyć? choć już żyjesz pięknie,to nadal kochaj ,dziękuj i uśmiechaj się bo wiesz, że jest….Niebo….dzieciom czasem zafunduj kawałek….czekolady.Życzę również zdrowia,zdrówka,zdróweńka….niech omijają Cię zwykłe przeciwności losu…błogosławieństwa od Jezusa i Jego Matki na każdy dzień…..pamiętam w modlitwie….pozdrawiam z utulonych w śniegu Siedlec…

Leave a Reply


sześć × = 36