Sobota niezwykle zwykła 16.02.2013

Chowam się za samochodem. Może tutaj mnie nie znajdą. A jeżeli nawet, to zyskałem kilka sekund przewagi. W głębi wiem, że i tak mnie dopadną. Taki już los samotnego wojownika. Szalony pomysł elektryzuje moje neurony. Wybiegnę im naprzeciw, zaskoczę ich inicjatywą!

Wyskakuję zza maski samochodu. W locie dłonie układam pod niewidzialny karabin.

- Tratatatatata! – puszczam serię wyimaginowanych pocisków w stronę nacierających pierwszoklasistów.

- Bum, bum, czyf, czyf! – słyszę z ust armii wroga.

Ostrzał jest na tyle mocny, że muszę schować się ponownie za samochodem. Tym razem już wiedzą gdzie jestem. Otaczają mnie z dwóch stron. Nie wiedzą jednak, że wyobraziłem sobie karabin, którego naboje przebijają pancerz samochodu. Kładę się na ziemi i strzelam przez opony. Nikt z przeciwników nie pada. Co najwyżej się śmieją i strzelają do mnie dalej.

-Już po mnie!- myślę- Chyba, że…

Uciekam za Dom nr 4. Jeden z filarów daje potrzebne schronienie. W jednej sekundzie zamieniam lewy palec wskazujący w bagnet. Wydaje mnie się, że to jedyny sposób na wygraną- walka w zwarciu.

Sześcioletni Bosco wyskakuje wprost na palec. Dzióbię go w miejsce śmiertelne, czyli pod pachą. Bosco osuwa się na ziemię w agonii śmiechu. Jeden wyeliminowany. Daudi atakuje z zaskoczenia. W porę uchylam się przed serią i nacieram palcobagnetem. Kolejnego mam z głowy. Zostało jeszcze czterech. Odwracam się. Takiego ataku się nie spodziewałem. Reszta chłopców rzuca się na mnie. Śmiech okazuje się tajną bronią tych szkrabów. Padam na ziemię bez sił. Wszystkie zabrał chichot. Może i przegrałem bitwę, ale wojna nadal trwa.

Wieczór, kilka minut po siedemnastej. Przynoszę laptopa na werandę domu nr 1. Siadam na betonie i czekam. Oczywiście nie za długo, bo kolejka do internetu szybko się ustawia.

- Wujku, który jestem w kolejce?- pyta Edison.

- Piąty – odpowiadam – Ale sytuacja na świecie się zmienia. Tak samo i w CALM. Ten internet dla was nie jest już za pieniądze.

- Jak to?

- Pieniądze to przestarzała forma zapłaty lub podziękowania. Od teraz każdy, kto chce korzystać z internetu musi odmówić różaniec. Intencję wybierasz sobie sam. Taki pakiet wykupiłem. Nazywa się „Internet za różaniec”.

Dawno nie widziałem, żeby chłopcy w wieku dorastania tak chętnie się modlili na różańcu. Sam zapał poszukiwania różańca lub próby pożyczenia od kolegi był pełen podziwu. Wprowadzę taką formę płatności chyba już na stałe.

18:45. Czas, aby zbierać chłopców na wieczorną modlitwę. Mój laptop jednak jest użytkowany przez starszych. Samych nie mogę ich zostawić z komputerem. Wołam więc z okolic domu nr 1. Obok mnie przechodzą Patrick z Denisem. Widać w ich oczach, że tylko szukają możliwości, aby się podroczyć. Dwunastoletnie urwisy. Wołam do nich, że czas na modlitwę. Nic sobie z tego nie robią. Łapię ich za dłonie i zaczynam się siłować. Chłopcy szybko orientują się, że niewypowiedziana zasada to: jak przegracie idziecie natychmiast na modlitwę. Rzucają się z pełnym impetem. Patrick mimo, że dwunastolatek waży już prawie 60 kilo. Powalają mnie. Muszę nieźle się siłować żeby dać radę. Staram się założyć dźwignię na Patricku, ale w tym samym czasie Denis łapie mnie za rękę i ją wykręcam. Nie poddam się! Leżąc, odwracam się w stronę Denisa. Jestem na brzuchu i to mój błąd. Patrick skupia ciężar na łokciu i kładzie się nim na mojej szyi. Szybko go odpycham nogami, ale czuję się trochę podduszony

- Koniec, chłopcy zbierajcie się- rozdziela nas spokojnym tonem wujek Paul, który maszeruje po werandzie.

Chłopcy schodzą ze mnie. Ja również się podnoszę. Z sekundy na sekundę adrenalina opada. Tym samym pojawiają się większe mroczki w oczach. W gardle strasznie sucho. Siadam na chwilę. Czuję, że jest to konieczne. Chłopcy już klaszczą i śpiewają. Tak rozpoczynają się modlitwy. Wstaję i kieruję się do zgromadzenia. Czuję jednak jakbym miał zaraz zwymiotować lub zemdleć. To prawdopodobnie przez to podduszenie. Młodsi chłopcy zamiast patrzeć do środka trójkąta, w który są ustawieni, patrzą na mnie, na zewnątrz. Chyba wyglądam nieciekawie, że przyciągam ich wzrok. Chowam się za reading room, kładę na ziemi, a nogi opieram wyżej, na murku. Staram się oddychać powoli, ale dopiero po 2 minutach to mnie się udaje. Do wspólnej modlitwy dołączam dopiero na błogosławieństwo. „Amen” i wszyscy się rozchodzą. Chcę i ja się udać na zasłużony odpoczynek, ale zostaje obskoczony przez 10 podlotków.

- Wujku, daj nam swoją koszulkę to ją upierzemy. Masz ją bardzo brudną.- zagaja Denis.

- Wujku, ale wygraliśmy? – pyta Patrick.

- Tak, wygraliście – odpowiadam z uśmiechem.

- Jeeeee! – wszyscy wykrzykują.

Chłopcy nagle łapią mnie i podnoszą. Niosą w stronę domu wspólnoty i wykrzykują z radości. Czuję się jak główny bohater filmu „Rocky”.

- Opuście mnie- mówię- Wiem, że dzisiaj inni wybrali telewizję, ale nie mam siły wam się przeciwstawić i puszczę wam film. Macie do wyboru tv lub mój film.

- Jeeeee! – wykrzykują jeszcze głośniej niż poprzednio i przytulają się bardzo mocno.

I jak tutaj ich nie kochać?

Rocky uważaj na siebie, bo chory się chłopakom nie przydasz ;)

Super Bartek!!! Tak trzymac!!!! Sil zycze!!

Leave a Reply


+ dwa = 11