Błogosławieństwo dla każdego jest inne 19.03.2013

Od dwóch dni zmagam się z samochodem. Niebieski pickup ma stare akumulatory i kaszle, a potem zdycha za każdym razem, kiedy staram się go uruchomić. Mój niebieski wehikuł stanowi nieodłączny element mojej pracy. Dzięki niemu mogę zawieźć lunch dla podstawówki, a wieczorem wybrać się po trawę słoniową.

- Przekręcasz kluczyk, żeby zapaliły się diody- instruuje mnie ks. Ryszard- Później chłopcy ciebie pchają, lub zjeżdżasz z górki. Musisz mieć drugi bieg. Powoli spuszczasz nogę ze sprzęgła, wtedy powinno być kopnięcie i samochód powinien zapalić.

Godzina 11:30. Kluczyk, dwójka, górka, sprzęgło. Wszystko jest. Wszystko gotowe do mojego już kolejnego egzaminu z jazdy samochodem. Ale czemu mam przeczucie, że łatwiej latać tym samochodem niż go odpalić przy rozładowanym akumulatorze? Gotowy na wszystko, przekręcam kluczyk. Zwalniam ręczny. Powoli toczę się z wzniesienia w dół, w stronę boiska. Puszczam sprzęgło. Samochód nie zapala, tylko się zatrzymuje. Gdzie ja popełniam błąd? Proszę chłopców, żeby mnie zepchnęli na boisko. Może tam mi się uda rozpędzić go jeszcze bardziej. Nabieram prędkości. 20 km/h. To jest ten moment! Puszczam sprzęgło. Nic. Samochód się zatrzymuje. Zdechł. Patrzę na Luggya’e. Nie jest zadowolony. Mieliśmy jechać po trawę słoniową…

- Wujku, zadzwoń po ks. Jean-Marie- podsuwa pomysł Luggya.

- Ok- odpowiadam. To wcale nie jest zły pomysł. Ks. Jean-Marie potrafi jeździć nawet i autobusem.

Dzwonię. Po 5 minutach w klapkach na boisko wchodzi ksiądz. Na twarzy ma uśmiech, pod którym ukrywa minę typu „patrzta chłopy i się uczta!”. Do pchania samochodu angażujemy uczniów z Majorin College, którzy mają u nas trening. Zaczynamy. Jest nas ośmiu, ale ja się niesamowicie męczę. Chyba tylko ja pcham ten jeżdżący złom, a inni tylko pozorują. Po kilku sekundach samochód się rozpędza i myśl ucieka. Niestety i księdzu Jean-Marie nie udaje się go odpalić. „Teraz przynajmniej jestem usprawiedliwiony w oczach innych, że nie tylko ja nie potrafię odpalić niebieskiego pickupa”- pomyślałem. Niestety w Afryce, nawet jak nikt nie powie tobie wprost, to wszyscy osądzają i oceniają. W Polsce mnie takie osądy i oceny nie obchodzą. Tutaj jednak tak. To one kształtują rzeczywistość na kolejne kilka dni.

Kilka minut po 17. Biorę laptopa i idę za dom nr 5. Tam będę miał względny spokój. Chcę się w końcu, po 7 miesiącach pobytu w Ugandzie, nauczyć w całości modlić się różańcem w luganda. Wydaje mi się to jednak na tyle trudne, co polizanie własnego łokcia. Spoglądam w prawo. Z bananowym uśmiechem kieruje się do mnie 17-letni Joseph. Przerywam modlitwę.

- Wujku, możesz sprawdzić, co mam na pendrivie?- pyta Joseph.

Podłączam pendrive’a. W systemie widnieje pod nazwą „Ivan”.

- Skąd go masz? To nie jest twój- kieruję do niego.

Joseph zaczyna się śmiać.

- Kolega mi dał. Chciałem sprawdzić, co ten pendrive zawiera.

Nie wierzę mu w pełni, ale sprawdzam zawartość. Muzyka i teledyski. Kopiuje je na swój komputer. Kiedyś się przydadzą. Nagle na moją klawiaturę ląduje ptasia bomba. Joseph śmiał się cały czas, ale teraz to się zwija ze śmiechu.

- Fuuuj, bleeee, ochyda, aaaaa, jjjjjuuuu- grymaszę z obrzydzenia.

- Wujku, to błogosławieństwo- śmieje się Joseph

- Jakie błogosławieństwo?! Ciekawe, czy byś tak mówił, jakby krowy latały?! – rzucam w poirytowaniu.

Biorę laptopa i idę do dawnej jadalni. W niej wujek Nyerere ogląda telewizję.

- Widzisz to?- pytam go i pokazuję przedmiot mojego zdenerwowania.

- O, wujku, to błogosławieństwo- odpowiada.

- Kolejny! Co wy z tym błogosławieństwem? Ptak mi narobił na laptopa. Teraz jest brudny i śmierdzi. Jakie to błogosławieństwo?!

Czyszczę laptopa serwetką i wychodzę z jadalni. Na zewnątrz stoi Joseph i nadal się śmieje ze mnie. Kiwam głową na znak, że to dla mnie za dużo. Idę się uspokoić.

30 minut później jestem już w stabilnej sytuacji emocjonalnej. Charles’owi udało się zapalić samochód i znowu zaparkował na wzniesieniu, co by było łatwiej ruszyć. Chcę sam poćwiczyć ruszanie. Niestety sytuacja się powtarza. Silnik nie zapala. Wołam chłopaków do wepchania samochodu na wzniesienie. Tyłem. Staję po stronie kierowcy, Kayiwa po stronie pasażera i kliku młodszych chłopaków z przodu samochodu. 1,2,3…i pchamy. To znaczy chcemy pchać, ale nogi się ślizgają po piachu. W końcu powoli ruszamy. Łatwo nie jest. Powoli ogarnia mnie głupi śmiech i nie daję rady dalej pchać. Chłopcy jednak nie potrafią go sami utrzymać w miejscu, w końcu pchamy go pod górkę. Mimo śmiechu staram się pchać razem z nimi, ale samochód nadal zjeżdża w dół. Rozpędza się. Zaczyna robić się ciekawie. Przez otwarte okno wskakuję do środka i zaciągam ręczny. Niech tak zostanie na chwilę. Muszę odpocząć. Śmieję się pod nosem.

19:00. Pada. Wujek Paul chwilę wcześniej poinformował mnie, że Nyerere nie tylko ma dzisiaj imieniny, ale także urodziny. Jego drugie imię to Joseph, a dzisiaj świętego Józefa. Postanawiam, aby modlitwa wieczorna odbyła się w reading room. Informuję Silvera i Bernarda, że kiedy w progu pojawi się wujek Nyerere śpiewamy sto lat. Jubilat pojawia się dopiero na słówku na dobranoc. Paul sygnalizuje chłopcom, wybałuszając oczy, że czas na piosenkę specjalną. „Happy birthday to you…” wyśpiewuje 100 młodych gardeł. Nyerere majestatycznym krokiem z uśmiechem wychodzi na środek. Zbiera z sali także innych solenizantów. Ten gest przypomina mi jak mocno pokornym gościem jest Nyerere. W moich oczach to się bardzo ceni.

- A teraz podejdźcie bliżej do wujka i Józefów – Paul instruuje resztę- Wyciągnijcie ręce nad nimi i zaśpiewajmy…

W tym momencie chłopcy zamykają oczy i wybrzmiewa pieśń do Ducha Świętego „O Mwoyo omutukuvu nga azze”. Nyerere pochyla się prawie w pas i zaraz 30 par rączek ląduje na nim. Czuję moc modlitwy. Przeszywa mnie, sama unosi moje ręce wzwyż. Zaczynam uwielbiać Boga, ale po Polsku. Staję się częścią wspólnoty błogosławiącej wujkowi Nyerere. Pośród śpiewu czuję czystość intencji, pragnienie dobra za wszystkich, za których się modlimy. Tak, to jest ten moment, kiedy można poczuć Ducha Świętego.

To był długi dzień. Każdego dnia Bóg błogosławi nas, kiedy idziemy drogą miłości. W geście kapłana, w modlitwie przyjaciół. Pan zna mnie bardzo dobrze. Wie, że lubię czarny humor. Uczy mnie dystansu do siebie. Nie dziwi mnie, że akurat na misji błogosławi toczącym się niebieskim gruchotem i gołębiami. Jeżeli to ma mnie zmieniać w lepszego człowieka, to mówię Amen.

 

 

P.S. Panie Boże, tu pisze twoje dziecko, Bartłomiej. Chciałbym tylko pokornie przypomnieć, że można mnie błogosławić nie tylko w taki ekscentryczny sposób.

czytam i uśmiecham się :)

Rozbrajasz mnie. Niech Pan Ci błogosławi w każdym czasie :)

Leave a Reply


+ siedem = 9