El instrumento debil – dzień pierwszy

12 sekund. Tyle potrzebuję aby dobiec z domu do ul. Warszawska. Dzwoni telefon. To ksiądz. Nie odbieram, bo pewnie chce dowiedzieć się gdzie jestem. Ja go już widzę, on mnie jeszcze nie. Kiedy wkładam telefon do kieszeni potykam się o krawężnik. Piątek trzynastego?!. Na szczęście telemark był godny naśladowania. Straty? Jedynie ból stopy i śmieszna poza podczas lądowania. Dobrze, że nikt nie widział. W końcu jest 3.32 rano. Wsiadam do „Nieustraszonego”, bo tak nazywamy samochód księdza Tomka. Jedziemy na lotnisko. Na przygodę. Na misję.

Trasę z Siedlec do Warszawy pokonaliśmy w godzinę. Ja zgubiłem jednak 30 minut między patrzeniem przez okno, a rozmową z księdzem i Maćkiem. Dobrze czuję się z tymi gośćmi. Jednego Ducha, rozumiemy się bez słów.

Nie zapominam po co tam jadę. Jak wielka odpowiedzialność na mnie ciąży. Nie czuję się odpowiednio przygotowany. Tak samo, za każdym razem nie czuję się przygotowany kiedy mam mówić świadectwo lub kerygmat. Serce mówi zaufaj Panu. Chyba nie mam innego wyjścia. Rozum mówi „w co Ty się pakujesz”. Nie ma już ucieczki. Może to i dobrze.

Na lotnisku poznajemy Maćka, lidera wspólnoty „Pięćdziesiątnica”, do której właśnie lecimy. Ma szczery uśmiech. Widzę, że się dogadamy. Będąc już w samolocie widzę jak Maciek wyciąga na legalu ogromny brewiarz i zaczyna się modlić. Bardzo mi to imponuję i przyznam, że tęskniłem za takim świadectwem wiary. Niestety, takie widoki nie są częste. Już nie chcę uciekać. Zawiązująca się atmosfera tego wyjazdu pociąga mnie i przepełnia. Ekscytacja objawia się szerokim uśmiechem, który rozdaje każdemu spotkanemu.

Z lotniska London Luton do Coventry jedzie się autostradą godzinę i kilkanaście minut. Po drodze kompletnie nic nie było do oglądania. A szkoda.

Polska parafia katolicka w Coventry jest na ulicy pomiędzy Meczetem, a świątynią Hari Krishna. Uduchowiona okolica… Proboszcz owej parafii to ks. Romuald, który pracował w Komisji Episkopatu Polski ds. Misji w Warszawie jako moderator Instytutu Misyjnego Laikatu. Szybko znaleźliśmy tematy do rozmowy. Dziarski chłop. Temperament bezkompromisowy. Czułem się zawstydzony kiedy ks. Romuald dawał mnie za przykład, w związku z moim wyjazdem na misje. Nie wiedziałem jak się wtedy zachować. Uśmiechałem się więc jak głupi. I tyle. To chyba dyplomatyczne wyjście.

Po dotarciu na miejsce Eucharystia, później zwiedzanie. Czas dla mnie cenny bo mogłem poznać ks. Tomka od luzackiej strony. Nie krępował się przy nas, ale też trzymał fason.

Teraz trochę o jedzeniu. Wielka Brytania słynie ze swojej kuchni, a dokładniej z tego, że nie ma własnych tradycyjnych dań. Zatem piątkowy obiad spożywamy w klimatach brytyjskiego folkloru czyli w chińskiej restauracji. Muszę tutaj nadmienić, że jest opcja „eat all you can”- po polsku „jedz ile możesz, a jeżeli jesteś studentem to chowaj także do kieszeni”. Kurczak, wołowina, makaron sojowy, bulion, warzywa, ryż. Nie chcę zawstydzać innych i kończę na trzecim talerzu. Wytaczamy się z „chińczyka”. Ciężko być ewangelizatorem.

Wracamy piechotą do parafii. Tam kolejna pogawędka z proboszczem i sprawdzamy salę gdzie będziemy prowadzić rekolekcje. Jest to aula w Klubie Polskim. Przestrzenna, pomieści 120 osób. Satysfakcjonuje mnie to. Martwię się jedynie o nagłośnienie, bo bez tego nie puścimy filmików ewangelizacyjnych. Projektor i ekran już jest. Filmiki nie raz ratowały sytuację i podnosiły jakość głoszenia. Katecheza staje się bardziej dynamiczna i ma kolory. Kolory chętnie osadzają się w  pamięci. Na tym nam właśnie zależy.

Jest już godzina 20. Przyjeżdża po nas Krzysiek, nasza „wtyka”. Jest z Siedlec i to on zaproponował liderowi, abyśmy poprowadzili rekolekcje. Jedziemy do jego domu białym VW Golf Combi z połowy lat 90. Ten samochód to machina czasu. Krzysiek na tyle ma swoje zdanie i mocną osobowość, że nawet kierownica jest po lewej stronie. Po tej właściwej. W jego domu mieszka jeszcze polskie małżeństwo Adam i Edyta wraz z 16-letnim synem Michałem. Jest tam jeszcze miejsce dla Wieśka. Wszyscy mieszkańcy tego domu należą do wspólnoty, którą lideruje Maciek. Przechodzę przez próg i czuję obecność Boga. Nie wiem czy to przez uśmiech lokatorów, odtwarzaną katechezę z CD czy zapach pieczonych frytek. Jestem sparaliżowany i zapominam, że mam język. Ciepło wewnątrz i Boży niepokój. Ciężko mi uwierzyć, że w tak codziennej sytuacji mogę doświadczyć obecności Pana. I do tego te frytki!

Krzysiek pakuje mnie i Maćka, tego z Siedlec, do samochodu. Jedziemy do naszego noclegu. Wita nas drobna dziewczyna o imieniu Kasia. Ma bardzo charakterystyczny śmiech. Podoba mi się on. Nie jest niczym skrępowany. Siadamy do kolacji i zaczynamy nocne rozmowy Polaków. O tym, jak jest na Wyspach. Jak Polacy się tutaj zatracają. O tutejszej wspólnocie. O tym, że jest późno i trzeba iść spać.

To był udany dzień

Fascynująca relacja z pobytu w Coventry, Bartku. :) I choć byłam nieobecna tego piątkowego dnia, to i tak dzięki Twojemu doskonałemu opisowi mogę sobie wyobrazić jak ten pierwszy dzień wyglądał… :) Z niecierpliwością czekam na dalszą cześć opowiadania ‚okiem’ ewangelizatora. Pozdrawiam serdecznie. x

Bardzo wnikliwa relacja. Niesamowity opis chińskiej restauracji w anglieskim Coventry.

Przez ta relacje az zglodnialem kiedy byl fragment o chinskiej restauracji:) Bartek napisz jakas powiesc:P

Bartek, mój Golf 3 to nie połowa lat 90-tych! Dokładnie 97 ostatni rok produkcji. Ha .ha, ale spełnia zadania : wozi mnie z punktu A do punktu B. Dzięki za posługę. K

Bardzo ciekawy styl pisania. Czuć akcję. Czekam na więcej!

Czytam i sama nie mogę przestać się uśmiechać. Dziękuje :)

P.S. Mam nadzieję, że to dopiero początek i będzie więcej :)

Leave a Reply


cztery − 1 =