A droga długa jest, nie wiadomo czy ma kres…

Wyjazd wolontariuszy misyjnych do Włoch 27.04-5.05.

27-28.04.2012

 

Kwiecień plecień bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Za 4 sekundy wyparuję. Ścisk w pseudo klimatyzowanym autobusie przy 27 stopniach na zewnątrz topi mnie. 17.19. Bilet 40 minutowy stracił ważność. Dobrze, że to koniec trasy. Wysiadam na przystanku Sójki. Nocą docierałem tu o wiele łatwiej. Nawigowałem na podstawie neonów. Pierwsze dwa kroki i widzę znajomą posturę.

 

Tomek.

Tomek na misje jedzie do Zambii, do Kabwe, za 3 miesiące. O Tomku w tej chwili mogę powiedzieć, że jest sympatyczny, a także sympatyczny. Razem dochodzimy do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego (SOM).

 

W ośrodku misyjnym plaża. Wiolka i Sylwia relaksują się sprzątając i myjąc busy. Też bym tak chciał odpocząć, czeka mnie jednak praca. Wstawiam wodę na herbatę.

Pakowanie, nieszpory, wyjazd kilka minut po dwudziestej. Dwa busy, pasażerowie podzieleni na Afrykę i Amerykę Płd. z przyprawą afrykańską.  Drzwi się zamykają, ludzie się otwierają. Najbardziej ks. Romek.  Zaczął niewinnie od zbioru muzyki i opowieściach o klubie bluesowym, a skończył się na historii o młodzieńczym zakochaniu.

 

Jedziemy blisko 23 godziny. Ks. Romek mówi, że jesteśmy niedaleko. Zatrzymujemy się przed bramką, aby zapłacić za przejazd przez autostradę. Nagle nasz bus cichnie i wszyscy patrzą w tył. To ks. Maciej Makuła, salezjanin, rozmawia z pewnym Włochem. Do rozmowy oboje używają języka włoskiego i języka rąk.

- Maciek sobie poradzi – rzuca na luzie don Romano. Ks. dyrektor mówi to z takim przejęciem, jakby nasz Maciek miał przełożyć karkówkę na grillu na drugą stronę. To jest zaufanie.

Ponoć Włoch zajeżdżał im drogę. Ponoć Adam w odwecie podzielił się z Włochem międzynarodowym znakiem wypchania się. Ponoć Włoch  wziął to za bardzo do siebie i stąd ta sytuacja. Prawdy jednak nigdy nie poznamy.

 

Zajeżdżamy po 19. Wita nas ks. Luigi wraz z Liną. Czekali na nas. Ja też czekałem na to, kiedy ich poznam. Wiele dobrego o nich słyszałem. Przy powitaniu całujemy się w policzki. 3 razy. Czuję się jak w domu.

 

Godzina 20. Jesteśmy zmęczeni, ale idziemy na Eucharystię. Msza espresso, w 25 minut.

Kolacja. Powoli przesiąkam Italią. Pasta i kawa. Dziwne połączenie na noc.

Leave a Reply


× siedem = 42